poniedziałek, 29 października 2012

Let it snow, let it snow, let it snow...

Środa:
Pomimo iż do niedawna planowałam ( i w zasadzie dalej planuje) wrócić do naturalnego koloru włosów to byłam zmuszona się... farbnąć.
Czekała mnie impreza na której nie wypadało mi pokazać się z kilometrowym odrostem pomimo iż ombre przecie w modzie jest... Ale nie takie co się zaczyna w okolicach uszu. ;) Uzbrojona więc w te śmierdzącą farbę, odżywkę, grzebień i siostrę ufarbowałam łba. Przeczuwając też zimową aurę calutki dzień... oglądałam świąteczne ozdoby planując. ;p

Czwartek:
Zaraz, zaraz... Co ja robiłam w czwartek?

Piątek:
W piątek deszcz zrobił się niebezpiecznie marznący. Odeszła złota polska jesień i nadeszło... nowe życie.
O godzinie dwunastej (w porywach do trzynastej :D) na świat przyszła Michalina Faustyna czyli druga z kolei siostrzenica, a pierworodna chrześnica mojej wieloletniej przyjaciółki. Siostrzyczka szczęśliwej Oliwki:)
Witaj na świecie Misia!
Wieczór zgodnie z tradycją spędziłam śpiewając (udając że śpiewam?) na scholi, a następnie z "rodzinką pl" :D

Sobota:
Dzień zaczął się wcześnie. A wraz z nim zaczęły się przygotowania czyt. fryzury, malowanie, ubieranie, rozterki ubiorowe. Następnie wraz z całą rodziną wybyliśmy na wesele do sąsiadki :)
A konsekwencją tego wydarzenia była zrobiona już tydzień wcześniej (jeszcze zza czasu słoneczka) ta o to kartka:
Jeszcze nie całkiem taka jak powinna być, ale się wprawiam powoli. Te motylki śliczne to naklejeczki które otrzymałam od przyjaciółki na urodziny :))

Niedziela:
Wstaje po odsypianiu i... oczom nie wierzę!!
Ukazuje mi się obrazek jak z bajki o królowej śniegu!
Wszystko, wszystko białe! I uwierzcie mi, że pomimo że wiedziałam że zasypało chociażby moich kochanych Tosinków i większą część Polski a w wiadomościach zapowiadano rozwój zdarzeń to naprawdę się zdziwiłam! W śniegowym puchu przyszło nam zawitać na poprawinach gdzie najbardziej podobały mi się walczyk, salsa, tango oraz taniec klasyczny w wykonaniu Igotka. Dzięki Bogu po ostatnich problemach (mały chorował dwa tygodnie) został tylko katar a wrócił dawny uśmiechnięty Iguś:D
Adrian również dawał czadu. Przez dwa dni weselne wytańczył chyba calutką salę weselną:D


Obecnie siedzę sobie z gorącą herbatą i w piżamie przed komputerem. Za mną w oknie nadal biało i puchato.
Jutro wybywam do biblioteki, natomiast w czwartek Wszystkich świętych.
Nie lubię. :( Smutne święto.

A z nawiązaniem do środowego "halołin"

"Psukierek czy cikus"?:D Kto zna ten wie. :D


sobota, 27 października 2012

O jacież pierdzielę...


Wzruszyłam się.
No NA-PRA-WDĘ!
Odkopałam dziś mój ostatni blog.
Są tam takie fajne wspomnienia jak np. pierwsze kroki Igora.
W necie istnieją trzy moje ostatnie blogi. 
Ten najstarszy czwarty zginął śmiercią tragiczną poprzez kliknięcie nieodpowiedniej ikonki przez Adriana.
No ale tamte dwa są a ja marzę, by mój blog był fajny i ciekawy.
I bardzo chce go "połączyć" w jedność tzn. pododawać stare i nowe notki na jednym blogu.
Problem jest w tym, że tego nie umiem.
Prześledziłam Manifo od A do Z i nie ma tu takiej opcji.
I jestem w kropce.
Nie wiem co zrobić.
W grę zaczyna wchodzić ostatnio przeniesienie się na blogspot.
(też dlatego, że chciałabym założyć hasło na bloga, by nie trafiał w niepowołane ręce. Oczywiście tym, których znam i im ufam udostępnie blog. Jednakże prywatność trzeba chronić.)
Tylko nie wiem czy na blogspot jest możliwość takiego sklejenia notek?
Chaotycznie dziś piszę.
Nawet nie wiem czy ktoś zajarzy o co mi chodzi.
Heeelp!

piątek, 26 października 2012

No i takie tam pitu pitu...

Jest mi lepiej. 
Odpukać.
To znaczy nie budzę się już z zamiarem wymordowania połowy świata i z grymasem na ustach.
Być może to dlatego, że w końcu zaświeciło słońce i mamy złotą polską jesień?
I bo Adrian przynosi same czwórki, piątki i szóstki?
I bo katar Igora jest już mniejszy a on już ma lepszy humor?
Oj rozgadał się mi chłopina ostatnimi czasy.
Do jego słów doszło ostatnio:
Żaba-Baba
Natalia-Tataja
Ciecierecie(kto zna ten wie)-Ci ci ci.
No i wypróbował też nową technikę tańca. Od teraz do wywijania kuperkiem doszły mu jeszcze rączki i naprawdę super to wygląda :)) szkoda że nie mogę pokazać
A ja staram się ostatnio robić tak, by nie dać się jesiennej chandrze. I tak naprzykład:
-Nie oglądam w tv wiadomości.-Wypróbujcie. To znacznie polepsza nastrój jak się człowiek odetnie od wiecznych tragedi i afer.
-Oddaje się całkowicie swoim hobby.
-Wychodzę na spacer
-Zaliczyłam ostatnio wizytę takich trzech :*
-No i najważniejsze. Co prawda ostatnio zaliczyłam potyczkę w postaci niezaliczonej poprawki z matmy, ale przynajmniej narazie przestaję się martwić tym wszystkim. Inaczej po prostu oszaleję. W każdym razie przystąpiłam, spróbowałam, uczyłam się. Sumienie czyste. A nawet jestem z siebie dumna!

Dziś byłam z wizytą u znajomych w ośrodku dla niepełnosprawnych, w którym kiedyś dużo spędzałam czasu, mama i siostra w tym czasie załatwiały jakieś tam swoje sprawy.
Na dalsze dni planów nie mam.
Same się napiszą.
Ostatnio też namiętnie szukam sposobu na rozsławienie swojego bloga.
W końcu im nas więcej tym lepiej


Pozdrawiam słonecznie:*

środa, 24 października 2012

Ble...

Bo tylko tak jak w tytule można określić mój obecny nastrój.
Zrobiłam się znowu płaczliwa...
Marudna...
Beznadziejna, bezużyteczna, psiocząca, warcząca.
I wcale nie chce taka być, ale czasami jak nie warknę i nie zademonstruje tej złości do całego świata to się uduszę czy co.
I po co? I na co? Przecież nic mi się nie dzieje. Mam co czytać, co robić, z kim siedzieć, pogoda piękna.
Ale nie pomaga mi ani książka, ani serial, ani muzyka, ani ruch, ani  nawet przebywanie z innymi.
Wiecie co? Czasem bym chciała żeby ktoś we mnie wstąpił i pewnymi rzeczami, problemami i sprawami pokierował za mnie...
A teraz ogłaszam wielkie reanimowanie dobrego humoru.
Dostałam zamówienia na pięć kartek świątecznych, hiszpański się sam nie nauczy...
Trzymajcie kciuki, żeby nikt mi dziś nie pokrzyżował planu jakim jest wyprostowanie mojego humoru...


Dziękuje wszystkim za głosy :* i Marcie mojej kochanej za pomoc przy ich zbieraniu:*


DOPISEK: A w dodatku dziś rano skasowałam sobie calutką galerię w komórce... Brawo Natalka. :/

wtorek, 23 października 2012

Szarość dnia...

Na podwórku szaro.
A mgła okala wszystko tak, że nic nie widać prawie.
Bolą mnie oczy.
Mam za sobą tylko w małym odsetku przespaną noc.
I rozwiane nadzieje...
I zepsute plany.
I tą irytującą już momentami nadzieję, że jednak się coś odmieni.
I problemy.
Ale z drugiej strony kto ich nie ma?
Igor chory. Popłakuje często, marudny.
Moje życie zaś zaczęło przypominać jedną wielką przewidywalną ciągłość.
Nie jest dobrze. Zaczyna mi się chcieć rzygać własnym życiem...
Nienawidzę samotności. Nie jestem i nie byłam i raczej nie będę odludkiem i potrzebuje towarzystwa.
Ciągłego.
Z drugiej jednak strony ostatnio porozglądałam się w około.
I doszłam do wniosku, że osoby które są przy mnie tak na prawdę i akceptują mnie taką jaką jestem  mogę policzyć na palcach.
Smutne.
Ale jednocześnie prawdziwe.
Mówiłam już komuś, że nie lubię jesieni...?
A zwłaszcza TEJ jesieni...?
A przede mną jeszcze zima...
RATUNKU!

Żeby jednak nie było tak całkiem do bani i beznadziejnie to przedstawiam wam dziś moją butelkę.:D
Powstała Ona techniką decoupage.
A w niedzielę powstała kartka.
Ślubna.
Idę na wesele do sąsiadów w tą sobotę i trzeba było coś wymyślić:))
Jak to dobrze, że prócz codzienności są jeszcze pasje :)

PS Mój hiszpański ma się coraz lepiej:)

czwartek, 18 października 2012

Zmiany, zmiany

Co można się nauczyć w dziewięć dni?

Bardzo dużo. Uwierzcie mi.

Tego, że to co dawniej zajmowało ci prawie godzine teraz zajmuje ci niecałe pół.

Tego, że to że jestem niepełnosprawna to nie oznacza, że mam żyć inaczej.

Nauczyłam się wiary w to, że mogę założyć rodzinę, pracować, podróżować, udoskonalać talenty, a nawet uprawiać sporty.

(Swoją drogą-Czy wiecie że osoba niepełnosprawna może grać w piłkę nożną?

A, że rękami? I piłką rehabilitacyjną?

To nic.

Było łatwiej, lepiej, wkręciłam się w to tak mocno, że nawet zakwasy przestały mnie boleć :D Strzeliłam nawet dwa gole! Graliśmy też w unihokeja, w bule, strzelaliśmy z łuków. )

Nauczyłam się tego, by doceniać to co mam wokół.

Bo potem znajdujesz się z dala od domu i... Tęsknota.

Jak cholera.

Nauczyłam się, że jak się zaprę to wytrzymam. Wszystko.

Bo inaczej do domu wróciłabym już we wtorek, kiedy miałam jakiś kryzys albo inne licho. W każdym razie wyłam cały dzień.

Nauczyłam się prosić o pomoc, nie wstydzić się tego.

Dowiedziałam się, że lubię tańczyć i że w zasadzie to nie wychodzi mi to najgorzej. :))

Więc z tym bagażem doświadczeń wróciłam do domu.

Taka rozdarta...

Z jednej strony chciałam by to trwało. Z drugiej strony tęsknota była silna.

A w domu wszystko po staremu.

Przywitał mnie Adrian, troszke wyższy, pierwszoklasista, nadal taki sam śmieszek, szalony. Jego reakcja na mój powrót zrekompensowała mi wszystko.

I przywitał mnie Igorek. Z nieco skróconymi włoskami. A rozgadany jaki! Powtarza już coraz więcej.

A jego "Tataja..." to na moje uszy miód.

Powitał mnie mój pies, stęskniony obskakując mnie i obwąchując.

I te same meble i stary wózek.

(Ten sportowy niestety okazał się za wąski... Jakoś na nim przedybałam, ale może doprowadzić do odleżyn. Niestety trzeba go wymienić. A nie jest to kwestia groszy, ani stu złotych. Ani nawet dwóch tysięcy..

A ja stanęłam na środku domu wdychając dawne zapachy i nasłuchując dawnych dźwięków.

Mając w głowie głosy tamtych wspaniałych ludzi, czując w ustach smak tamtego cudownego jedzenia.

Słysząc śmiechy podczas zabaw, muzykę z ostatniej imprezy.

Czując adrenalinę przed każdym nowym wyzwaniem, a przed mając oczami te chwile spędzone na Krakowskim rynku, na targu staroci, w muzeum, w ulubionym "Empiku" i wieczorne przed telewizją.

To wszystko teraz wydaje mi się być już tylko snem...

Ale to było naprawdę.

Przypominają mi o tym ten dyplom który wisi nad biurkiem

i ten kubek w kuchni i książki, które przywiozłam, drewniana zabawka chłopaków

i kolczyki na uszach Oli.

To było naprawdę.

A ja...?

... Dałam radę.

Było ciężko a zarazem cudownie.

A teraz czas żyć dalej swoim życiem w nadziei, że mój bagaż doświadczeń tylko je wzbogaci...


Przepis na szczęście

Najpierw postawię dom.
Takiii byyyyyczyy!
Taki w którym zmieści się calutka moja rodzina.
Ja, moje siostry z rodzinami, rodzice.
I każdy będzie miał osobne wejście, by uniknąć ingerencji w życie innych.
Moja część będzie miała m.in. byczą i  niską(!) kuchnie, wielki salon, scraproom i biblioteczkę z tryliardem książek.
Potem wezmę Igora i Adiego do zabawkowego sklepu i powiem "Bierzcie co chcecie"
A potem pojadę do Meksyku... i wyślę Olę do Londynu na koncert.
(kto zna ten wie)
Potem kupię sobie samochód. Taki z podnośnikiem, z bajerami.
Najlepiej w pakiecie z szoferem.
Urządze ogród, zrobię maturę, nauczę się hiszpańskiego.
Potem pójdę na studia...
Jakiś harward... czy coś.
A potem zostanę politykiem,
ministrem,
premierem,
prezydentem...
I w końcu naprawię tej poryty kraj.
I tak- założę fundację...
I wyjdę za mąż.
I będę mieć czworo dzieci...


No... A teraz tylko zostało wygrać 50 milionów w totka.
Łatwizna, nie? ;)

środa, 17 października 2012

"Chcę, potrafię, jestem skałą..."

   Tytuł tej notki był moim motywem przewodnim tych dziewięciu dni.
   Najtrudniejszych i najpiękniejszych dni mojego życia.
   I nie żałuje.
   Żadnej wybeczanej łzy,żadnej kropli potu,
żadnej minuty kiedy tak bardzo tęskniłam za domem...
   Ani nawet tego siniaka na udzie :))
   Bo wiem, że gdyby nie ten wyjazd to nie przeżyłabym tych wszystkich wspaniałych momentów, kiedy po kolei starałam się radzić sobie ze wszystkimi trudami.
   A było ciężko.
Ale byłam na to przygotowana, bo na dzień dobry mieliśmy czterokilometrowy spacer.
Do domu wróciłam z jeszcze większą ilością bagażu. Zarówno tego materialnego jak i bagażu doświadczeń.
I wiecie co jeszcze powiem?
Dopiero tam będąc daleko od domu, przyjaciół, siostrzeńców doceniłam to co najważniejsze
I dziękuje wszysykim którzy wspierali mnie tymi wszystkimi smsami,telefonami.



Ewciu,Elusiu,Mariolu, Aniu,Tysiu,Mirrorku,Tosinki i moja kochana rodzinko a także wszyscy, o których zapomniałam!


Dziękuje :*** Jesteście prawdziwymi przyjaciółmi






I śpiewamy


"Łiii ar de czeempion maj frends" :d

wtorek, 16 października 2012

Się wyluzowałam...

Wczesne popołudnie.
Zirytowana i w złym humorze usiadłam w kuchni po raz dwunasty z rzędu przeglądając tę samą gazetkę promocyjną.
W końcu gdy moja mama wyszła na chwilę a mały zasnął w pokoju zrobiło się cicho...
Skorzystałam natychmiast.
Wymościłam się wygodnie w wózku, zaraz jednak zrobiło mi się nie wygodnie, więc przeklinając gruchota poprawiałam się w nim z pięć razy.
W końcu jest ok.
Zamykam oczy, zmęczone, bo dziś obudziłam się dość wcześnie, za to za sprawą wciągającej książki zasnęłam późno.
Ciiiisza.
Ciiiisza...
Słychać tylko tykanie zegara kuchennego...
I pochrapywanie Igorka w kojcu.
I niemalże czuje, jak zaczynam się odprężać i jak rozluźnia się niemalże każdy mięsień mojego ciała...
Gdy nagle:
DDDDDDDDDDDDDDDRRRRRRRRRRRRRRRYYYYYYYYYYYYYYYYŃŃŃŃŃŃŃ!!!
Podskakuje jak oparzona. No cóż. Nie dość, że nasz dzwonek jest i tak głośny, to na miejsce spoczynku wybrałam... centralny punkt jego głośniczka, pod ścianą. Więc w te pędy jadę tym moim wehikułem, a adrenalina podskakuje mi niemalże dwukrotnie, zwłaszcza, że wybudzenie małego, który zasnął przed paroma minutami nie było dobrym pomysłem.
Więc chwytam klucz którego tak nienawidzę. Przekręcam.
NIC.
Znowu przekręcam.
NIC
Więc klne w duchu po raz piętnasty chyba próbując otworzyć te pierdzielone drzwi. W końcu gdy palce mi już zsiwiały udało się.
Przede mną stoi pan.
Około pięćdziesiątki. Pomięty sweterek, nieogolona facjata.
"Dzień dobry? Czy ma pani może złom?"
Para zaczyna mi wręcz buchać uszami, a ja sama ledwo powstrzymuje się, by niegrzecznie odpowiedzieć, że tak. Na jednym złomie siedzę, a drugim otwierałam drzwi.
Ale się powstrzymałam...
Pan poszedł odprawiony z kwitkiem życząc mi miłego dnia.
Tak... ja panu też ;)

poniedziałek, 15 października 2012

Jak to jest..?- 21 lipca 2012

Jedni całe życie marzą o dziecku.
Wymyślają imiona, planują wspólne życie, chcą mieć kogoś dla kogo sie będzie miało żyć.
A jednak z niezależnych od siebie przyczyn nie dane jest im nigdy mieć własnych dzieci, starają sie całe lata.
O ciąże.
O adopcje, na którą w Polsce czeka się latami.
I wciąż na przekór mają nadzieję, że kiedyś im się uda.
I wystarczy włączyć telewizje, internet, gazetę.
I znów czytasz.
Pijana matka zabiła własne dziecko.
Rodzice zostawili córke na lotnisku i pojechali na wakacje.
Matka udusiła niemowlę, bo przeszkadzało jej płacząc...
Aż nie chce sie wierzyć...
Ile jest warte dziś życie?
Czy tak łatwo jest czasami oderwać się od innych, mniej ważnych spraw by przytulić swoje dziecko i pokazać mu że sie je kocha?
Czemu najlepiej jest uderzyć, przerwać komuś niewinnemu życie niż okazać jakieś uczucia?
Dlaczego dzieci otrzymują ludzie, którzy nie potrafią być rodzicami i wykorzystać tego daru?
Boże, dokąd my idziemy...?





Pamięci Madzi, Szymonka, Gabrysia oraz wszystkim dzieciom, którym nie dane było zaznać miłości.

"Droga do raju"- 17 lipca 2012

14 lipca br. roku wydałam za mąż trzecią z kolei siostrę.
Tą samą siostrę, która nie dalej jak dekadę temu oberwała odemnie badylem w łepetynę i tę samą, która kiedyś umyła mi głowę w taki sposób iż groziło mi ich obciecię na wskutek utworzenia się WIEEELGAŚNEGO kołtuna...
Och jaka ja byłam na nią zła! Na szczęście włosy odratowano. :D
Z okazji wesela przez cały ubiegły tydzień w mojej rodzinie panował istny chaos.
Zaczęły się przygotowania, zakupy.
O prawdziwy ból głowy przyprawiło mnie dobieranie bluzki do spodni, spodni do bluzki, butów do spodni, butów do bluzki, koloru włosów do ubrania i makijażu do koloru włosów,prezentu itp itd etc... ;).
Aż w końcu nadeszła godzina zero...
Byłam zdenerwowana podwójnie, ponieważ właśnie tego dnia miałam zaszczyt powitania relikwi św. Faustyny, papieża Jana Pawła II raz obrazu Bożego Miłosierdzia w mojej parafii oraz niesienia ich przed ołtarz.
No i ok.
Niby spoko, każdemu mówiłam, że nie denerwuje się wcale, ale jednak podświadomie coś się działo.
Można to stwierdzić np po tym, że tego dnia pierwszy posiłek zjadłam dopiero o godzinie 17 już na weselu i szczerze powiedziawszy chodź był on wyśmienity to prawie go w siebie wmusiłam... :/
Potem było już tylko lepiej. :))
Tak więc jadłam, śmiałam się, tańczyłam, śpiewałam.
I byłam baaardzo, baaardzo odprężona.
Z imprezy wyszłam dopiero o wpół do trzeciej nad ranem a uwierzcie mi, że jak na moją wytrzymałość w jednej pozycji od godziny 7:00 rano to było coś! ( No dobra, w międzyczasie zdążyłam się na chwilę położyć w jednym z pokoi w remizie o godzinie dwudziestej. Potem hulałam dalej :P )
Drugi dzień był jeszcze lepszy.
Tym razem na weselu pojawił się m.in. Igorek, który jest chrześniakiem panny młodej (na weselu został pod opieką cioci :) ).
Inne rodziny także zdecydowały się przyprowadzić swoje pociechy.
Maluchów było około dwudziestu (około połowy więcej niż w pierwszy dzień) i wszystkie jak jeden mąż czekały tęsknie na chwilę przerwy w tańcach ("A teraz idziemy na jednego" :P ) i uzbrojone w balony szalały ( z naciskiem na SZALAŁY) na parkiecie co jakiś czas przewracające się i okładające balonami.
Potem rozkręciły się coraz bardziej.
Tak więc czworo dzieci biegało wokół filara bawiąc sie w tzw berka i pare razy przygrzmociły o ten filar małymi łebkami,dwoje wzięło trzecie za ramie i ku jego radości (a mojemu przerażeniu) powłóczyło go na podłodze przez całą salę.
Następna trójka ganiała się wokół mojego wózka, jedno leżało obok mnie i wpatrywało się w wózek jak zahipnotyzowane (miłośnik motoryzacji chyba...:P).
Po chwili takiego chaosu wokół mnie , zdarłam sobie gardło od krzyczenia "Uwaga bo się poparzycie!!" ponosząc klęske pedagogiczną, zaczęłam żałować iż podjęłam się ich pilnowania , a w głowie zaczęło mi się kręcić.

Zaplanowane sześcioro dzieci na przyszłość zweryfikowałam najpierw do czwórki,potem do trójki, a potem stwierdziłam, że właściwie to ja się nad dziećmi muszę zastanowić... :P (Spoko, już mi przeszło, ale chce już trójkę :D )
A potem podszedł do mnie Adrian.
Mój siostrzeniec na co dzień rozbiegany, psocący, gadatliwy i szalony mały tajfun okazał się być NAJGRZECZNIEJSZYM i najspokojniejszym tam dzieckiem.
Z szelmowskim uśmieszkiem podszedł do mnie podając mi rączke spytał kulturalnie
"Mogę panią prosić do tańca?"
Więc jak już pozbierałam szczęke z parkietu,odetkało mnie z dumy i zwalczyłam w sobie chęć by go schrupać, ochoczo zgodziłam się i przystąpiliśmy do baletu wyśpiewywając lecącą w tle muzykę na całe gardło.
Po skończonym tańcu Adek pocałował mnie w dłoń.
Rozpłynęłam się...
Słodziak
Ale cóż się dziwić...
Ma to po cioci... :P



PS Z oficjalnych i nieoficjalnych źródeł dowiedziałam się iż, mój blog ma o wiele więcej czytelników niż się spodziewałam (głównie od strony rodziny :)) )To bardzo miłe aczkolwiek jeszcze milej będzie jeżeli dacie znak, że tu jesteście, a ja sama utwierdzę sie w przekonaniu, że nie pisze dla samej siebie :P

Ale wtopa...- 9 lipca 2012

Leżę dziś na łóżku, ratując swą czcigodną osóbkę przed upałem kręcącym się tuż przy moim prawym boczku. W pewnej chwili podchodzi do mnie Adrian ze srebną tacą, na której ma arbuzy podtykając mi go pod nos.

Biorę kawałek, po czym skinam głową w stronę małego i mówię:
- Dziękuje
Na co ten piorunuje mnie wzrokiem i poucza
- Ciociu! Nie "Dziękuje", tylko "Dziękuje panie kelnerze!"

Ups... Na drugi raz zapamiętam

Gorrąco!- 5 lipca 2012

Jest upał.
Czyli coś czego nie lubię.
Przed wczoraj była taka parówka, że ściągnęłam rano kołdrę z łóżka, nawet się nie ubrałam i do godziny czternastej siedziałam na tym łóżku i nie miałam nawet ochoty wejść na komputer. (A uwierzcie, że jak ja nie idę na komputer, to już coś sie musi dziać)
Więc leżeliśmy sobie tak we trójkę. 
Ja, młodsza siostra i Igorek.
Chociaż on właściwie siedział sobie w wózku. I tak sobie leżeliśmy do czasu gdy zrobiło się troche chłodniej.
A Adrianek za to wybył na wakacje i od niedzieli nie widziałam go w ogóle. 
A jak pusto się zrobiło!!
W niedzielę nie bacząc na skwar wybyłam z siostrą i rodzicami w poszukiwaniu kreacji weselnych.
Na drugą sobotę nadejdzie ta wielka chwila kiedy moja trzecia już siostra z kolei wyjdzie za mąż.
I znowu wesele:D a przecież w sobotę minie rok jak się bawiłam na weselu tej drugiej... :D
Nie będzie mnie tylko na obiedzie, ponieważ zostałam poproszona przez radę parafialną bym jako niepełnosprawna osoba wraz z kolegą, który też jest na wózku uczestniczyła w powitaniu relikwi św. Faustyny oraz Jana Pawła drugiego.
Dlatego na wesele dotrę godzinę później i z jednej strony się cieszę, bo będę nieść relikwie świętych osób, tak ważnych dla świata.
Z drugiej jednak strony będę niosąc tak coś ważnego w centrum uwagi połowy mojej miejscowości czego ja nie lubię. :/
Ale co tam? 
Skupię sie na modlitwie i godnie będę reprezentować rodzinę.
A potem?
A potem to weselisko! :D
 
Do napisania!

23 czerwca 2012

Wiecie co?
Nie wiedziałam, że tak zwykła czynność jak skanowanie starych zdjęć z dzieciństwa skłoni mnie do takich refleksji i wspomnień.
Boże.
Gdybyście wiedzieli jak Ja bardzo zmieniłam się od tamtego czasu!
Nigdy nie byłam zwykłym dzieckiem.
I nie myślcie że mówię tutaj o chorobie.
Nie w tym rzecz.
Bo do pewnego czasu moje ograniczenie było dla mnie tak zwykłe że nawet nie miałam sie kiedy nad tym zastanowić.
Nie chodziłam, nie biegałam, nie skakałam.
Ale miałam takie maleńkie grono znajomych z sąsiedztwa które widywało mnie od zawsze taką samą i zdawali się jak ja nie dostrzegać różnicy.
A jednak było we mnie tyle oryginalnych cech że do dziś się dziwie.
Byłam dzieckiem niezwykle gadatliwym.
Dzieckiem które najbardziej wolało towarzystwo starszych osób (ale to zostało mi do dzisiejszego dnia).
Byłam dzieckiem tak łatwowiernym że patrząc na młodszą siostrę stawiającą pierwsze kroki myślałam, że ja tak nie mogę bo...Po prostu się nie nauczyłam.
Dzieckiem pomysłowym- Bo do dziś siostra mi wypomina że pewnego dnia po prostu wzięłam kija i wjechałam wózkiem do pokoju gdzie leżała a potem jej tym kijem drzysnęłam.
I najlepsze w tym wszystkim było to że ja nie chciałam jej zrobić krzywdy tylko odebrałam to jako dobrą zabawę. Chciałam jej po prostu zrobić psikusa. Ale... Nie wyszło:P
Do szóstego roku życia żyłam sobie spokojnie w domu aż pewnego dnia poszłam do zerówki.
No i się zaczęło!
Ja "cycek mamin" od tej pory musiałam walczyć z samotnością dzieci, które wcale nie chciały się ze mną bawić, radzić sobie z tęsknotą za mamą, przemieszczać się na pupsku za dziećmi i za zabawkami po przedszkolnym dywanie.
A potem przyszedł czas na pierwszy prawdziwy ból kiedy to jedno z dzieci prosto w oczy powiedziało mi że Oni nie będą sie ze mną bawić bo jak jestem chora to przecież oni się zarażą i ja nagle wstane i pójdę a oni podzielą mój los kończąc na wózku.
Wiedziałam, że to absurd i nawet nie próbowałam tego odkręcać bo w końcu udało mi się zawrzeć pierwszą, prawdziwą przyjaźń która trwała potem bardzo, bardzo długo...
Ale od tego czasu aż do dziś irytuje mnie jak małą wiedzę posiadają ludzie nt niepełnosprawności.
Moje zerówkowe zmagania zbiegły sie wówczas z pierwszą, przedszkolną miłością, a także pierwszymi idolami na szklanym ekranie...
Bo najpierw była "Britnej Spirs" i jej sławny przebój "Baby one more time" rozgrywany w Hamerykańskim liceum.
Jakiś czas później zaczęło się prawdziwe szaleństwo ogarniające mnie i moich rówieśników jak i 3/4 polski.
Czas kiedy na ekrany weszła telenowela "Zbuntowany Anioł" i gdy głównym tematem małych dziewczynek było obgadywanie poszczególnych odcinków.
Mnie również ogarnęło to szaleństwo.
Kochałam ten film i Natalię Oreiro.
Bo przede wszystkim miała na imię Natalia.
Bo miała takie śliczne, brązowe loki!
Bo jak jej sie coś nie spodobało to przyszła do Iva i jak go w pysk palła!
No i przede wszystkim bo ładnie śpiewała.
A muzyka była i jest dla mnie czymś naprawde ważnym.
Toteż sobie śpiewałyśmy.
Ona w kasecie.
Ja na kanapie obok radyjka.
I marzyłam sobie o takim Ivie, o takim bogatym domu, księciu z bajki i karierze muzycznej....
Kolejne etapy mojego życia były to: pierwsza klasa, konkurs recytatorski, krótka aczkolwiek niezapomniana kariera solistyczna, kolejni idole,hospitalizacje, pierwsze miłostki,przyjaźnie na całe życie, komunia, wyjazd nad morze, ślub siostry, narodziny siostrzeńców, strachy, bóle, nadzieje, kompleksy...
Miliardy tych znaczących chwil w tak niekrótkim czasie.
A teraz?
A teraz mam osiemnaście lat.
Niby już dorosła ale wciąż jeszcze wgłębi ta mała Natalka.
Wciąż jeszcze wole seriale od bajek:P
Wciąż nie rozumiem czasem jak bezwzględni ludzie.
Wciąż mam bogatą fantazję.
Wciąż kocham śpiewać.
Wciąż czasem robie dziwne głupie rzeczy. Takie nieprzemyślane.
I wciąż jeszcze jestem na tyle naiwna że sądze że pewnego dnia stanę sie bardzo znaną i szanowaną osobą.
A do tego bogatą i ładną.
I że zamieszkam sobie pewnego dnia w ślicznej willi w południowej Ameryce.
Ja i mój...Ivo. ;)


Marzenia się spełniają- 21 czerwca 2012

Tak właśnie sobie wtedy pomyślałam.
A jak pomyślałam tak i... zrobiłam. :)
Ale do rzeczy.

Kochani przechodzę ostatnie baaardzo ciężki, a jednocześnie bardzo satysfakcjonujący i pouczający dla mnie okres życia.
Około dwóch tygodni temu pewna ze znaczących osób w moim życiu dała mi namiary na fundację zajmującą się usprawnianiem osób po urazie rdzenia kręgowego.
Fundacja Aktywnej Rehabilitacji.
Pierwszą moją reakcją był śmiech.
Że ja?
Po co?
Przecież się nie dostane!
Nie dam rady!
Nie załatwię.
Dopiero potem na spokojnie usiadłam i zaczęłam weryfikować swoje plany.
Bo nie jest tajemnicą że pragnę mieć kiedyś własną rodzine.
Dzieci, męża, psa i ogród.
Że chce pracować z dziećmi z autyzmem i z zespołem downa.
Że przecież żebym się w końcu kiedyś zakochała i poszerzyła grono przyjaciół to muszę pojechać gdzieś i poznać nowe miejsca.
I że nie zrobię tego w momencie gdy prawie wszędzie potrzebna mi jest czyjaś pomoc.
I przede wszystkim to najważniejsze: Bo ja już nie chcę być dawną Natalią.
Bo zbyt wiele osób mnie widzi w świetle bezradnej, głupiutkiej i małej Natalci, którą trzeba się opiekować i mieć na nią oko.
I mam dosyć litościwych spojrzeń i tekstów starszych osób do moich przyjaciół i moich sióstr w stylu
"Jak to dobrze dziewczynki, że chociaż wy ją powozicie i popchacie wózek."
Zawsze się wtedy czuję jakbym dostała tępym narzędziem prosto w pysk.
Ulatnia się dobry humor.
Odechciewa się spacerów.
I czuję nad sobą litość.
I dlatego właśnie napisałam.
I wiecie co?
To była najlepsza moja decyzja od wielu lat.
Od tego czasu konsekwentnie zaczęłam starać się być samodzielna.
Czasem wychodzi mi to gorzej, mam gorszy dzień i trochę sie wkurzam.
Ale na szczęście mija to szybko.
We wrześniu pojadę na dziesięciodniowe warsztaty usprawniające.
Sama.
Zdana na siebie i nie uzależniona od nikogo.
I może nawet pewnego dnia przestanę być traktowana jako małe, chore i bezsilne dziecko?
I może pewnego dnia ktoś widząc jak wiele potrafię zrobić w końcu pojmie że nie potrzebuje ciągłego pilnowania i opieki?
I może im nawet buty pospadają z wrażenia. :P

Dzieciorkowy miszmasz- 11 czerwca 2011

Igor dzisiejszego ranka gdzieś pomiędzy "Dudusiem Wesołkiem" a "Kotem Jamesem" niespodziewanie przestał wykazywać zainteresowanie bajkami.
A szkoda... Prawie wciągłam się w perypetie bajkowych postaci i z zapartym tchem śledziłam zmagania Dudusia i Meli... Ale cóż było zrobić?
W końcu Ja - osiemnastoletnia kobieta nie mogę się kłócić z rocznym siostrzeńcem o bajkę.
Być może dziesięć lat temu to by przeszło... Ale dziś? :/
Młody zerwał swe słodkie cztery literki z podłogi i podążając do mojego "ciasnego - ale - własnego" pokoju wskazał palcem na głośnik i już wiedziałam...
Znaleźliśmy wspólny język z chwilą gdy z wspomnianego wyżej głośnika rozległo się wspaniałe i nie śmiertelne : "Taki mały, taki duży może świętym być!"
Spojrzeliśmy więc z młodym na siebie i ze zrozumieniem zaczęliśmy sobą potrząsać.
On kuperkiem.
Ja głową w takt.
I tak sobie balowaliśmy.
I tylko raz za czas dochodziło między nami do sekundowych konfliktów w stylu "Igor nie ruszaj klawiatury" "Igor nie wyłączaj komputera" "Igor nie pogłaśniaj tak!"
No bo co ma dziecko zrobić, że jego własna osobista ciotka traktuje własny komputer z uczuciami niczym ten statystyczny mężczyzna własny samochodzik z garażu?
Nic nie poradzi. Ot co!


...


Natomiast w dniu wczorajszym wybrałam się z rodzicami do pobliskiego (no dobra... Nie tak znowu bliskiego) "M1" oraz "Carrefour". A tam?


Zatrzęsienie ludzi. Zatrzęsienie dzieci.
Zaczęłam więc robić to co zwykle lubię czyli: spacerując mimochodem przyglądałam się reakcjom dzieci do lat ośmiu na moją zacną be em wu- wózek znaczy.
I tak na podstawie moich obserwacji wyłoniłam kilka typów dzieci supermaketowych:

1.Dziecko - Obczajocha: Dziecko patrzy na mnie wielgaśnymi oczami lustrując mój wózek oraz mnie całą od stóp do głów. Gdy już zorientuje się że go nie zjem spokojnie wraca spokojnie do przerwanych czynności tj. naciągania rodzica na dziesiątą paczke chipsów,, lub biegania między półeczkami.
2. Dziecko - detektyw. Czyli mała śliczna blondyneczka, która śledziła mnie od "CCC" aż do perfumerii. Gdy w końcu uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco dziecko czmychnęło między wieszaki pobliskiego butiku by w spokoju kontynuować obserwacje obiektu - Czyli mnie.

Były też takie które na mój widok uśmiechały się wesoło, ciekawskie które (nie)zaspokajały swą dociekliwość u rodzica.
- Mamo! Czemu ta pani ma taki wózek?
- Cicho bądź!
oraz te w wieku Igorka które na mój wózek słodko szczebiotały "bruum" Bruum" pokazując na mnie paluszkiem.

A szczyt tych obserwacji nastąpił koło kas podczas gdy byłam już zbyt zmęczona by reagować na to co dzieje się wokół kiedy nagle pojawiło się dwóch chłopców: Starszy w wieku około komunijnym spojrzał na mnie nieprzychylnym wzrokiem po czym szepnął na tyle głośno że mogłam to usłyszeć wyraźnie:
- O cholera! Ale gruba baba! - Po czym pokazał mi środkowego palca, na co młodszy- (czterolatek na moje oko) ucieszony przytaknął
- No! Ale gruba baba!
No cóż.
Do chudych nie należę.
Trochę z własnej winy, ale bardziej z winy choroby i odmiennej anatomii.
Znaczy się spostrzegawczy!
W końcu nie są pierwszymi którzy zdążyli to zauważyć. (Podobną sytuacje opisałam kiedyś Tosinkowej mamie w komentarzu)
I nawet mnie to nie zabolało.
W końcu oglądam się w lustrze i się widze.
Tylko skąd w ustach tak małych dzieci już takie słowa?
I aż chce się zadać to sławne pytanie rodem z Interii:
"A gdzie byli rodzice?" ( Z tego co widziałam zajęci byli rozpakowywaniem zakupów z koszyka)

PS Ale żebyście nie myśleli! Dzieci lubie nadal i mimo wszystko :D

Taki młody a już wie! - 4 czerwca 2012

Wczorajsze, baaardzo leniwe popołudnie.
Adrian majstruje przy zabawkach na stole.
Jesteśmy na podwórku, ptaszki śpiewają.
No to wyciągam się na wózku i obserwuje młodego, który znudzony próbuje znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie.
Nagle słysze:
- Już wiem! Pobawię się w bank!
Wpada na pomysł. Sprząta stanowisko na stole, robi prowizorycznego laptopa, układa się wygodnie na siedzonku, po czym zamyka oczy i zaczyna głośno...chrapać.
Hm... Takie to młode a już wie jak działają firmy w Polsce... :D

Zbzibziałam? 2 czerwca 2012

Nie mam weny.
Na nic.
Ani na scrapowanie...
Ani na opowiadanie...
Ani na wiersze...
Ani na grafikę...
Ani na bloga...
I nie wiem już co mam z tym fantem zrobić?
Zawsze jak siedziałam w domu to w końcu na coś naszła mnie ochota.
A teraz?
Nic kompletnie pomimo że dużo czytam, oglądam filmy, mam dla siebie w końcu czas na tych wakacjach.
Ostatnio wszystko co zrobie/napisze wydaje mi się takie mdłe...
Beznadziejne...
Dziecinne...
Nie doskonałe...
I tak mnie naszło na "maruda" bo oprócz tego ciesze się wolnym i mam bardzo dobry humor :)



PS Jeżeli czyta mnie ktoś kto również zajmuje się blogowaniem to proszę o pozostawienie namiaru. Bardzo chętnie was "nawiedzę"

Wielkanoc 2012 w WIELKIM skrócie- 8 kwietnia 2012



Adrianek zakochany, Igorek roześmiany.
Ja wciąż jeszcze w stresie przed godziną "zero" jaką jest matura,  wciąż w potrzasku i nie wiedząca co przyniesie nadchodzące lato...
Jestem po śniadaniu wielkanocnym, objedzona tak, że nie wcisnę chyba obiadu...
A na podwórku zima...
Oczom nie wierzę (zdążyłam przecież zmienić opony na letnie:P)
I stałam się posiadaczką kamerki internetowej...
I wyglądam w niej... Niekorzystnie.
I niech mi szanowni czytelnicy wybaczą moje lenistwo w pisaniu bloga, oraz jego wątpliwą regularność, ale do jasnej ciasnej jakoś Ja nikomu nie truję, że z komentowaniem to niektórzy na bakier! :P


Wyjątkiem, który mogę zaakceptować są Hanusia,siostra,oraz Martusia Tosinkowa :* .
Przecież w końcu to moje kochane matki polki:*
A wy? Nie wykręcać się!
Bo jak tupnę!(czyt. "utrącę" stópki kółeczkiem)
Albo po prostu...
Nadal będę pisać tylko dla siebie:P
Ale chyba... wolę dla was. :)

Kochani moi!
Z okazji wielkanocnego okresu życzę wam, żeby wasze życie układało się wyłącznie po waszej (pozytywnej) myśli.

No to pospane... 9 marca 2012

Scenka sprzed dwóch dni, godzina około jedenastej wieczorem.
Nie mogąc zasnąć po raz enty przewracam się na drugi obok zniecierpliwiona.
Cały dom już śpi.
W końcu biorę głęboki oddech, już spokojniej.
Byle się wyciszyć.
Byle zasnąć.
W końcu za osiem godzin trzeba będzie wstać…
I znów do szkoły…
Mija jakiś czas i odpływam…
Tracę kontakt z rzeczywistością.
I nagle przed oczami widzę ją.
Małą dziewczynkę o blond cudownych i długich loczkach.
W sukieneczce do kolanka.
Biega po ogrodzie.
Bawi się.
A ja siedzę pod dębem w ogrodzie.
A obok mnie mój mąż stoi odwrócony tyłem.
Nie widzę jego twarzy.
(W zasadzie w żadnym z takich snów nigdy jeszcze nie widziałam twarzy mojego męża. Dziwne. )
Nagle moja córeczka przystaje i patrzy na mnie z uśmiechem.
Śliczna jest.
Nagle słyszę dziewczęcy głos.
-Natalia?
Już, już mam tłumaczyć mojemu dziecięciu, że do mamusi nie należy mówić po imieniu, gdy głos znów nawołuje.
- Natalia! Odłóż mp3 na stolik!
Obraz dziecka, ogrodu, dęba i męża rozmazuje i się i znika.
Widzę tylko ciemność.
Wkurzona próbuje wytłumaczyć sobie i moim zaspanym, szarym komórkom, że toTYLKO Ola!
Moja o pięć lat i trzy dni młodsza siostra, z którą nadal dziele jeden pokój, anawet jedno łóżko, bo… tak lubimy.
Znów jak wczoraj słuchała muzyki do późna.
Wkurzona sięgam dłonią po odtwarzacz, ale zamiast niego łapię… powietrze.
- No gdzie to mp3? - Pytam retorycznie.
- No tu! - Ola robi ruch ręką, lecz znów nic nie dosięgam.
Zwracam oczy ku ciemnym niebiosom i macam, próbując znaleźć zgubę.
Poduszka.
Ramię Oli.
Łeb Oli.
Empe trójki brak.
- Nie ma! - Warczę zła, że zostałam obudzona i nakazuje. - Zaświeć światło.
Ola wychodzi z łóżka spełniając me żądanie.
Światło razi mnie w oczy i muszę kilkakrotnie zamrugać by przyzwyczaić swe oczy, po spędzeniu w ciemności godziny.
Zaczynamy przeszukiwać w kolejności przypadkowej: kołdrę, poduszki, prześcieradło.
Nie ma.
Jak kamień w wodę.


Ola wciąż jeszcze zaspana i gnuśna rozgląda się po pokoju, po czym ze stoickim spokojem mówi:
- Aha. Dobra. Jest na biurku. Śniło mi się, że słuchałam muzyki. - Wyjaśnia jak gdyby nie była tym zdziwiona.
Następnie gasi lampę, układa się na łóżku, odwraca tyłkiem i… zasypia…
Dobranoc Ola. 
Śpij dobrze.

Takie to życie dziwne jest...- 4 marca 2012

I znów kolejna katastrofa.
Znów kolejne ofiary...
Odeszło szesnaście osób...
Szesnaście osób, które wsiadając do tego pociągu miały tyle planów, marzeń...
Lecz były to ich ostatnie plany w życiu.
Oni odeszli, a ja oglądam to ze zgrozą i niedowierzaniem
Przecież niedawno żegnaliśmy małą Madzię, były łzy, żal i smutek...
Spokój trwał zaledwie kilka tygodni...
I dziś zapewne nie jestem jedyną osobą która nie może się z tym pogodzić...
Bo czy można pogodzić się ze śmiercią?

100dniówka- 8 lutego 2012

Próby do poloneza-Zaliczone!
Kreacja-Kupiona!
Fryzjer, makijażysta, maniucurzystka (W postaci trzech sióstr :D)-Zabukowane!
No to teraz kopnijcie mnie w zadek na szczęscie,
żebym ja się dobrze bawiła,
żeby inni się ze mną dobrze bawili,
żebym wyglądała olśniewająco ( A co tam! xD)
i żeby ten polonez udał się tak samo dobrze jak na wczorajszej próbie!
Byle by do soboty...
A potem upragnione, zimowo-mroźne, długo wyczekiwane...
MOJE OSTATNIE FERIE jako uczennica :D
A potem?
A potem się mignie, śmignie... aż do matury!
Z tego się już nie cieszę niestety... :P


PS Dwudziestego piątego stycznia na świat przyszła moja nowa blogowa kumpelka Anielka vel. Nela :*, którą raz jeszcze chce powitać wśród nas i życzę wieele,wieele uśmiechu! :*


WITAJ NA ŚWIECIE ANIELKO:*

Nowy rok...- 30 grudnia 2011

Jutro powitam nowy rok.
Dziewiętnasty rok mojego życia.
Mijający rok był...
Szalony.
Oj tak.
W ciągu niespełna dwunastu miesięcy zmieniło się tak wiele,
że ledwo nadążam.
A to przecież namiastka tego, co mnie czeka.
Za mną ponowne zostanie ciocią, ślub siostry, wejście w pełnoletniość
zarówno mnie jak i wielu moich znajomych i przyjaciół.
Przede mną kolejne wesele, tym razem następnej w kolejce siostry :D,
a przede wszystkim studniówka i najgorsze,
najtrudniejsze dni z Serii "matura"
a także koniec szkoły i całkowita zmiana życia.
Wiem już, że siostra od września wraca do pracy, a wiec będę
spełniała się w roli ciotki-polki zajmując się w miarę swoich sił
i z pomocą mamy Igorkiem.
Na nudę przy rocznym dziecku chyba nie będę narzekać?
Wiem, że będę się starać zdać maturę,
jak będzie trzeba to nawet dwukrotnie.
Wiem, że będę musiała znaleźć jakąś przynajmniej dorywczą pracę.
I wiem, że JAKOŚ przecież się ułoży.
Tak jak układały się kolejno losy mojego życia, gdy czasem było ciężko…
A jednak…
Świadomość tego,
że zostawiam za sobą całą młodość,
przyjaźnie szkolne, ludzi, których znałam i będę musiała
iść dalej podejmując coraz trudniejsze decyzje w moim życiu jest...
Paraliżująca.
I nie ukrywam boję się tego roku...
Cholernie się go boję.
I pomyśleć, że jako mała dziewczynka chciałam być dorosła...
Niech ktoś zatrzyma ten czas...

"A po nocy przychodzi dzień,a po burzy spokój..."- 9 listopada 2011


Poszłam dziś do szkoły.
Nadprogramowo, gdyż środy są moim dniem wolnym od szkoły.
Po co?

Napisać zaległy sprawdzian z dwóch epok. Średniowiecza i renesansu.
Jako że sprawdzian odbyć się miał dopiero na ostatniej lekcji, to przez prawie cały dzień (po za małym wyjściem do OREWU) powtarzałam materiał.
Powtarzałam.
Powtarzaałaam.
Wiedza jak na złość ( albo jak zawsze) nie chciała wejść do głowy,
więc jak już wróciłam z ośrodka po godzince przerwy, to potem przestałam nawet zważać na to, czy jest przerwa, czy lekcja.
Kułam praktycznie cztery godziny bez ani sekundy przerwy.
Może to dla kogoś NIC, ale dla mnie (wiecznego lenia, nerwusa i nie wiem czego jeszcze) to jest COŚ!
I naprawdę byłam z siebie dumna.
Niestety sprawdzian poszedł dość...kiepsko gdyż epoki zaczęły nie ubłagalnie mącić się w głowie.
Nie to, ze nie napisałam zupełnie nic, aczkolwiek parę faktów za sprawą stresu całkiem pominęłam i zapomniałam.
No i się zirytowałam.
Do domu wracałam w kiepskim nastroju, zmęczona, wkurzona i zrezygnowana.
Przed domem, gdy już miałam otwierać drzwi wejściowe mama zawołała, bym poszła do ogrodu, gdzie grabiła liście.
Pojechałam.
Przywitał mnie mój rozchichotany siostrzeniec, dumnie aczkolwiek jeszcze nie poradnie kroczący w moją stronę przez trawnik.
Na mój widok zareagował z tak rozkoszną euforią, że aż serce urosło.
Gdy już posiedzieliśmy troszkę gryząc herbatniki, gaworząc i przyglądając się przyrodzie,
Moja mama poinformowała, że o to dziś dostałam przesyłkę z papierami do moich "pracek" na które czekam.
Przeglądając te cudeńka i mając w myślach te niebieskie roześmiane oczka, już wiem, że pewne rzeczy i pewne problemy przy szczęściu jakie mam w życiu jest niczym.
A jutro przyjdzie Madzia!

Hip Hip! Hura! :D

UWAGA! Notka tylko dla ludzi o mocnych nerwach./ Urodzinu/ Podróże małe i duże z rentą w tle. 3 października 2011



Sobota 1.10.2011r:
Moje urodziny minęły mi baaardzo przyjemnie. Około godziny siedemnastej odbyła się kameralna impreza osiemnastkowa z udziałem moich najbliższych przyjaciół. (A. M. T. K. E i K.- Gracias!) Dostałam cudowne prezenty, ale przedewszystkim mam cudowne wspomnienia, które zapadną w mojej pamięci już chyba do końca życia…
Rozstałyśmy się około godziny jedenastej więc można przyjąć że dziewczynom również bardzo się podobało.


Poniedziałek 3.10.2011r:

Niedobudzona próbuje przestawić mózgownice na właściwe tory, a wychodząc z łazienki dwukrotnie sprawdzam szkolną torebkę, tylko po to by uzmysłowić sobie, że przecież do szkoły dziś nie idę.

Ma się dziś odbyć komisja lekarska, dzięki której będe mogła dostać rentę socjalną przysługująca każdemu pełnoletniemu niepełnosprawnemu.

Wsiadam do samochodu, jedziemy z rodzicami. Zakładam jak zwykle mp3 na uszy… Jest spokojnie… Do czasu!

Dojeżdżamy do miasta Kraków. Po drodze mijam tysiące sklepów, szyldów i… plakatów wyborczych.

Hm... - Myślę sobie-Jacy oni piękni, idealni i cudowni na tych plakatach… Wszyscy się kochają, obiecują gruszki na wierzbie, jedni popierają drugich. Do czasu.

Dalszą drogę staram wzrokiem omijać „przesłodzone” plakaty w obawie przed nagłym wzrostem glukozy oraz mdłościami.

Jedziemy dalej. W słuchawkach moja ulubiona religijna piosenka.

Dostaje nastroju wręcz cudownego…Religijny nastrój pryska, gdyż przed oczami wyrasta mi wielki szyld reklamujący Night club, wraz z wypisanymi wielką czcionką wszystkimi opcjami tego lokalu…

O matko jedyna…

Zniesmaczona ściągam słuchawki i dopiero po dłuższej chwili decyduje się je włożyć ponownie…

Niedługo potem mijam przystanek z namalowanym różowym (!) sprayem wyznanie.

MISIO KOCHA ANIĘ!!

Pod spodem niegrzecznie odpisano.

A g**no prawda!!

Se, se, se! Ależ niecodzienny sposób dania kosza…

Stoimy na światłach.Nagle moje oczęta pośród tłumu spieszących sie ludzi wyławiają mężczyzne. Na jego widok robi mi się miekko na sercu…

Mężczyzna naprawde przystojny… Zarost, brązowe oczy. I to nic że ma około trzydzieści lat…

Nagle dołącza do niego kobieta. Prowadzone za ręke jedno dziecko na oko trzy letnie zostaje włożone ojcu na barana, drugie w wózku śliniące sie rozkosznie zostaje również przejęte przez ojca.

Zresztą podobnie jak i torebki z zakupami.

Na oko cztery.

I podobnie jak ośmiopak…papieru taletowego…

Och! - Rozmarzam się - Jak on ją kocha… Zabiera od niej dzieci, zakupy, papiery toaletowe…Musi ją kochać… W dzieciństwie na pewno nosił za nią plecak!

Małżeństwo dało sobie buziaka… Prawie rozpływam się z zazdrości i zachwytu nad tak szczęśliwą parą… Zielone światło. Może to i lepiej…?

Dojeżdżamy na miejsce. Przemiły pan przewozi mnie do budynku specjalną platformą, dzieki której mogę uniknąć „wynoszenia mnie po schodach”.Taka sama platforma zainstalowana jest w mojej szkole. Naprawdę fajne urządzenie.

W budynku kierują nas do odpowiednich pokoi. Czekamy…

Nagle zza moich pleców słysze gaworzenie małego chłopca.

Identyczny głos jak młodszego siostrzeńca. Na oko dziewięciomiesięczne dziecię prowadzone za palce przez mamę ochoczo kieruję sie do mojego wózka.

Ehh, faceci i zamiłowanie motoryzacją.

- Tak synku, dziewczynka ma buuum - Mówi matka uśmiechając sie do mnie.

- Cia…- Zgadza się maleńki.

Patrzę na małego, przez chwilę mierzymy się wzrokiem. Uśmiechamy się do siebie. Po kilku sekundach chłopiec uderza w moje koło z całą mocą w ręke.

- Baa! - Wyraża swą opinie

Taak…Ja też uważam że są lepsze modele…

Chłopiec znudzony pojazdem po chwili znika z mamą za korytarzem, poznając znacznie ciekawsze zakątki.

Czekamy.

Dzięsięć minut.

Piętnaście minut.

Dwadzieścia minut.

Kurde, nie znoszę czekać- Jęcze w duchu.

Pół godziny.

W końcu wyczytują moje nazwisko. Wchodzimy do gabinetu, kobieta pyta mnie i moją rodzicielkę o dowód osobisty.

A to klops.

Mama tłumaczy, że dopiero dziś składamy wniosek.

Lekarka która mnie bada z chłodnym uśmiechem zawiadamia nas, że nie może wejść do systemu nie mając dowodu osobistego.

Mama tłumaczy, że dzwoniła by powiadomić że nie mam jeszcze dokumentu.

Kobieta pyta więc o paszport.

Upss. No i znowu klops.

Grzecznie odpowiadamy, że paszportu nie posiadam. Po prostu. Nie było takiej potrzeby. W końcu najdalsza podróż w życiu odbyłam do Kołobrzegu.

Kobieta uprzejmie informuje, że nie ma szans. Że badanie się dziś nie odbędzie. Wychodzimy z kwitkiem, kierowani do pokoju, gdzie moja mama pisze podanie o zmiane daty komisji. Cała podróż na marne…

Droga powrotna. Znów szukam inspiracji za szybą samochodu. Mijam kolejne budynki, jednak nic ciekawego się nie zdarza…

Nagle przyciskam niechcący zestaw głośno mówiący, który niemile piszczy. Zerkam na ekran.

„Proszę mówić!”-rząda aparat.

No co to kurde?! Przesłuchanie?!

- No jeszcze czego- Warcze

-Do kogo ty mówisz? - Moja mama zaniepokojona odwraca się z przedniego siedzenia i patrzy na mnie.

- Do telefonu… - Odpowiadam zgodnie z prawdą.

Mama patrzy na mnie dziwnie. W celu uniknięcia kobierzyna uśmiecham się przepraszająco.

Moi rodzice informują mnie że musimy przecież zrobić niezbędne zakupy. Lądujemy w jednym z supermarketów.

Wchodzimy, przepuszczam uprzejmie w drzwiach mężczyzne. To nic że jestem na wózku, to nic ze jestem kobietą. Wisi mi to. Mężczyzna nie mówi nawet dziękuje. Obojętnie mija mnie w drzwiach…

Cóż… Zdarza sie.

Przedemną dział SPORT. Zaintrygowana i z lekkim szokiem dostrzegam zamiast stosów piłek czy innych różnych dziwnych przedmiotów…znicze…

Mimowolnie parskam śmiechem.

Cóż! - Tłumaczę sama sobie- Najwyraźniej to nie są zwykłe znicze. Są olimpijskie. Tak… Stanowczo…

Po drodze mijam dwie degustacje. No to się degustuje! Najpierw żurek, następnie jogurt. Nawet zjeść można za darmo! Bomba!

Moja mama idzie w dział ubrania. Tata oddala się w poszukiwaniu jakiejś potrzebnej rzeczy. Ja oddalam się w papierniczy.

Po dłuższej chwili we trójke wybieramy niezbędne artykuły spożywcze, tata płaci. Wychodzimy. Powietrze jest ciepłe, wręcz letnie, dostaje słońcem po oczach. A co mi tam! Jest cudnie!

W drodze powrotnej zmierzamy przez most połozony nad wisłą. Obok pięknej rzeki postawione…wielkie kominy z których wydobywa się nie przyjemny, szary i śmierdzący dym.

Niezła lokalizacja… Nie ma co…

W rodzinnym mieście nie daleko końca podróży jemy obiad w restauracji,wychodze przejedzona i grubsza o kolejny kilogram.

W samochodzie z przejedzenia nie włączam nawet piosenek. Nie mam sił na nic… Do chłodnego, pozbawionego duchoty, miłego domciu wracam z uśmiechem na twarzy…


Home sweet home!

wtorek, 9 października 2012

Czy ja już potrzebuję psychologa??

Gdzieś koło piątej rano. Koło mnie śpi Adrian, którego siostra wychodząc prawie ciemną do pracy podrzuciła nam i Igorka do domu.
Jest jeszcze ciemno.
Wczoraj o tej porze obudziłam się w podłym, płaczliwym nastroju zdając sobie różne, smutne sprawy...
Dziś przypomniało mi się jak siostra opowiadała taką o to historyjkę zasłyszaną w "necie":
Chłopak zmęczony po szkole wchodzi do pokoju. W ręce dzierży komórkę oraz kubek, gorącej, pyszniutkiej herbaty. Chcąc odciążyć sobie rękę postanawia rzucić na łóżko komórkę...
...Zgadnijcie czym rzucił...?
Się rozwyłam...
Ze śmiechu...
:D
Niedługo przyjdzie do mnie pan z kaftanem. 
I zamknie mnie w domku bez klamek.
Z gumowymi ścianami.
Ale cóż. Problemy problemami, a śmiać się trzeba!

Z serii "perełki":
Nalewam małemu herbatki. Z sokiem malinowym bo innej mały nie toleruje.
- Igor? - Zagajam.-Kochasz ciocię?
-Kaaam! - Odpowiada dziecko.
Z wrażenia rozlałam sok.
*kurtyna*


poniedziałek, 8 października 2012

...

To nie są najfajniejsze dni mojego życia...
Pogoda się popsuła...
Na nic nie mam ochoty...
Właśnie sypie się kolejna z moich przyjaźni...
Właśnie dostałam kolejny cios.
Mija właśnie pięć miesięcy siedzenia w domu.
Wiem, że to nie jest depresja. Że mam mały dołek, że to po jakimś czasie minie.
Że przecież to nie pierwszy raz.
Ale niech ktoś mi w końcu powie, gdzie ja idę??

A żeby nie zakończyć całkiem pesymistycznie:
W tamtym tygodniu czternaste urodziny obchodziła młodsza.
Czyli Ola- poprostu :D

Dziecko które:
Spadło z ławy łamiąc ręke.
Ugryzło mnie kiedyś w ramię.
Jest upierdliwe, że hej.
Zna angielski lepiej ode mnie.
Jest uzależnione od muzyki.
I od pewnego zespołu składającego się z pięciu chłopców:D
I znowu jest upierdliwe.
I nie lubi polskiego.
I udaję dyslektyka.
I od kiedy ubrało na nogi obcasy i pomalowało oczy już wcale nie jest dzieckiem.


Sto lat Olson raz jeszcze!
A zdjęcie Olsona wstawię. Może. Jak mi pozwoli. :P

czwartek, 4 października 2012

Chłopakowe dialogi!

Adrian: Ciociu, gdzie idzie ciocia Ola?
Ja zdziwiona: Gdzie idzie?
Adrian: No właśnie nigdzie...


Adrian: Uderzyłem się w kota!!

Ja: Igorku, ile masz lat?
Igor: Tsiy!




A ten mój malutki Aduś, Adzik, Duduś, Adinek maleńki, któremu jeszcze wczoraj śpiewałam "Na Adusia z popielnika" dziś stał się poważnym Adrianem. Uginając się pod wieeelkim tornistrem, zaopatrzony w zeszyty debiutuje jako pierwszak... :)

wtorek, 2 października 2012

Dziewiętnaście

Wczorajszy dzień był... pełen refleksji.
Nie smutny, bo stwierdziłam, że urodzin nie obchodzi się w smutku i wczoraj naprawdę miałam dobry humor, ale długo myślałam.
I o to do jakich wniosków dochodzę! Przez dziewiętnaście lat mojego życia dorobiłam się:

- Trądziku młodzieńczego.
- Trzech rodzai wózka :D
- Własnego pokoju i łazienki
- Bloga
- Znajomości internetowych
- Pięciu wierszy
- Jednego opowiadania
- Przyjaciół. Chociaż tak naprawdę każde urodziny są dla mnie sprawdzianem z przyjaźni. I tak na przykład zostałam obsypana wczoraj życzeniami i telefonami od ludzi, których czasem wręcz o to nie podejrzewałam. Niektórzy zapomnieli. Cóż. Ale chyba bardziej bolało mnie, że osoby, które kiedyś nazywałam przyjaciółmi, do których chodziłam na imprezy, łaziłam z nimi na spacer, piłam herbatę, śmiałam się do rozpuku i bawiłam w dzieciństwie zdobyły się jedynie na krótkie "sto lat". I... Tak. Niektóre z tych osób mają mój numer telefonu. I wiedzą gdzie mieszkam. I nie chodzi tu o obsypywanie mnie prezentami. Znacznie bardziej ucieszyłaby mnie ich pamięć i spacer. Albo herbata... A może przesadzam. Sama nie wiem.
- Ukończenia trzech szkół.
- Nie ukończenia matury :P
- Pożal się Boże - renty
- Adrianka i Igorka
- Tosinków, Ewki, Beatki i Elki. - Tego też nie muszę. Najfajniejsi ludzie pod słońcem. Dla nich tak naprawdę nigdy nie liczyło się to, że jestem niepełnosprawna. Ot obeszło je to. W taki sposób traktują mnie tylko moi najwięksi przyjaciele:* i oni się do nich zaliczają.  Bez wątpliwie.
- Pierwszego wyjazdu na wakacje:)
- Znajomości nowego języka.
-Dwóch hobby. Od sióstr na urodziny dostałam zestaw startowy do decoupage. I cardmaking czyli ręczne robienie kartek.
- Miłości do książek.
- Miłości do muzyki.
- W ogóle miłości. :))
- Naprawdę fajnej rodziny
- Garści wspomnień
I reasumując to było fajne dziewiętnaście lat.
I moje ostatnie "naste" urodziny zaliczone o.O

poniedziałek, 1 października 2012

Tu byłam ja

Czyli:
- Stara dziewiętnastolatka
- Dalej wózkowiczka
- Osoba bardzo szczęśliwa
- Ale czasami marudna
- Bardzo doceniona
- Wniebowzięta za sprawą cudownych przyjaciół
Czyli JA - Natalia, Natka,Nati,Nacia,Natalka,Natusia,Noel i Czarodziejka w jednym.

:****