A wszystko zaczęło się wczoraj...
Igor od kilku dni ściągał buciki.
W pamięci miałam swoją własną siostrę, która mając buty na nogach dostawała tzw szajby i najchętniej wolała chodzić boso.
Dlatego myślałam po prostu że Igor wkracza w nowy etap rozwoju pt "Buciki ble"
Ale o tym jak się myliłam przekonałam się wczoraj.
Igor zazwyczaj biegający niczym strzała zaczął utykać na nóżkę.
Chodził na palcach, albo włóczył za sobą nóżkę, a i buciki częściej lądowały na podłodze.
Potem z pracy wróciła siostra. Mały bawił się w pokoju, a co wstawał to popłakiwał i trudno było mu chodzić. Wolał chodzić na czworaka, lub na kolanach i widać było że coś mu dolega.
Natomiast gdy spytaliśmy gdzie go boli wskazywał kość ogonową.
Na pewno wiecie jak bardzo nas to zaniepokoiło...
Zareagowaliśmy błyskawicznie, siostra zadzwoniła do lekarki rodzinnej, która po przyjeździe stwierdziła, że chód małego na prawdę jest niepokojący i skierowała małego do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.
Szpital w którym ja sama spędziłam bardzo dużo swojego dzieciństwa i z którym miałam raczej nieprzyjemne wspomnienia. Ma on jednak niezbędną aparaturę, oraz znających sie na rzeczy lekarzy, wiedziałam więc że trafia w dobre ręce.
Siostra poprosiła bym Smsem wysłała jej numer na SOR, po czym zadzwoniła i czekał tam na nich lekarz.
Nie zapomnę tych trzech godzin...
Ja zmartwiona, mama z siostrą i małym w tym szpitalu, wystraszony Adrian, przy którym musiałam być twarda.
A lekko nie było... Siostra spakowała torbę, na wypadek gdyby musiała zostać. Ja na samą myśl, że mógłby zostać prawie beczałam.
Tylko fakt że musiałam pomóc Adrianowi w zadaniach i uspokoić go trzymał mnie w ryzach i sprawił że nie histeryzowałam.
Igor na szczęście wrócił jeszcze tego samego dnia.
Krótkie badanie lekarza, wywiad z którego dowiedział się, że mały chorował i można było postawić diagnozę: Zapalenie stawu biodrowego
Odetchnęliśmy z ulgą bo chociaż choroba jest uciążliwa, to wyleczalna i nie groźna.
Mały dostał ibuprom dla dzieci, oraz... przykazanie by nie stać i nie chodzić...
Próbowaliście kiedyś wytłumaczyć dwulatkowi, że nie może chodzić przez tydzień ani nawet stać?
Przecież nie wykonalne jest czasami utrzymać takiego szkraba w łóżku a co dopiero pozwolić mu wyłącznie siedzieć?
Mogę tylko powiedzieć, że Igor jest cholernie dzielnym chłopakiem.
Co jakiś czas gdy spuścimy go na moment z oczu wstaje i chce iść, jednak szybko musimy go pacyfikować.
Siostra dziś do czternastej pracuje, więc na zmianę próbujemy wynagrodzić małemu te niedyspozycję.
Gdy widzę jak próbuje się poderwać do stania to serce mi się kraje...
Z drugiej strony dziękuje Bogu że to TYLKO zapalenie które mu minie, bo bałam się.
Jak cholera.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie można się aż tak przywiązać i pokochać nie swoje dzieci...
Bzdura. Można. Wczoraj czułam się jakby zachorowało moje własne dziecko.
No! W końcu nie bez powodu mówię do moich sióstr, że ich dzieci to moje "współdzieci" :D
A teraz cóż. Wracam na pole boju i walczę z żwawym temperamentem pana Igotka.
Damy radę, nie? :)