Leżę dziś na łóżku, ratując swą czcigodną osóbkę przed upałem kręcącym się tuż przy moim prawym boczku. W pewnej chwili podchodzi do mnie Adrian ze srebną tacą, na której ma arbuzy podtykając mi go pod nos.
Biorę kawałek, po czym skinam głową w stronę małego i mówię:
- Dziękuje
Na co ten piorunuje mnie wzrokiem i poucza
- Ciociu! Nie "Dziękuje", tylko "Dziękuje panie kelnerze!"
Ups... Na drugi raz zapamiętam
poniedziałek, 15 października 2012
Gorrąco!- 5 lipca 2012
Jest upał.
Czyli coś czego nie lubię.
Przed wczoraj była taka parówka, że ściągnęłam rano kołdrę z łóżka, nawet się nie ubrałam i do godziny czternastej siedziałam na tym łóżku i nie miałam nawet ochoty wejść na komputer. (A uwierzcie, że jak ja nie idę na komputer, to już coś sie musi dziać)
Więc leżeliśmy sobie tak we trójkę.
Ja, młodsza siostra i Igorek.
Chociaż on właściwie siedział sobie w wózku. I tak sobie leżeliśmy do czasu gdy zrobiło się troche chłodniej.
A Adrianek za to wybył na wakacje i od niedzieli nie widziałam go w ogóle.
A jak pusto się zrobiło!!
W niedzielę nie bacząc na skwar wybyłam z siostrą i rodzicami w poszukiwaniu kreacji weselnych.
Na drugą sobotę nadejdzie ta wielka chwila kiedy moja trzecia już siostra z kolei wyjdzie za mąż.
I znowu wesele:D a przecież w sobotę minie rok jak się bawiłam na weselu tej drugiej... :D
Nie będzie mnie tylko na obiedzie, ponieważ zostałam poproszona przez radę parafialną bym jako niepełnosprawna osoba wraz z kolegą, który też jest na wózku uczestniczyła w powitaniu relikwi św. Faustyny oraz Jana Pawła drugiego.
Dlatego na wesele dotrę godzinę później i z jednej strony się cieszę, bo będę nieść relikwie świętych osób, tak ważnych dla świata.
Z drugiej jednak strony będę niosąc tak coś ważnego w centrum uwagi połowy mojej miejscowości czego ja nie lubię. :/
Ale co tam?
Skupię sie na modlitwie i godnie będę reprezentować rodzinę.
A potem?
A potem to weselisko! :D
Do napisania!
23 czerwca 2012
Wiecie co?
Nie wiedziałam, że tak zwykła czynność jak skanowanie starych zdjęć z dzieciństwa skłoni mnie do takich refleksji i wspomnień.
Boże.
Gdybyście wiedzieli jak Ja bardzo zmieniłam się od tamtego czasu!
Nigdy nie byłam zwykłym dzieckiem.
I nie myślcie że mówię tutaj o chorobie.
Nie w tym rzecz.
Bo do pewnego czasu moje ograniczenie było dla mnie tak zwykłe że nawet nie miałam sie kiedy nad tym zastanowić.
Nie chodziłam, nie biegałam, nie skakałam.
Ale miałam takie maleńkie grono znajomych z sąsiedztwa które widywało mnie od zawsze taką samą i zdawali się jak ja nie dostrzegać różnicy.
A jednak było we mnie tyle oryginalnych cech że do dziś się dziwie.
Byłam dzieckiem niezwykle gadatliwym.
Dzieckiem które najbardziej wolało towarzystwo starszych osób (ale to zostało mi do dzisiejszego dnia).
Byłam dzieckiem tak łatwowiernym że patrząc na młodszą siostrę stawiającą pierwsze kroki myślałam, że ja tak nie mogę bo...Po prostu się nie nauczyłam.
Dzieckiem pomysłowym- Bo do dziś siostra mi wypomina że pewnego dnia po prostu wzięłam kija i wjechałam wózkiem do pokoju gdzie leżała a potem jej tym kijem drzysnęłam.
I najlepsze w tym wszystkim było to że ja nie chciałam jej zrobić krzywdy tylko odebrałam to jako dobrą zabawę. Chciałam jej po prostu zrobić psikusa. Ale... Nie wyszło:P
Do szóstego roku życia żyłam sobie spokojnie w domu aż pewnego dnia poszłam do zerówki.
No i się zaczęło!
Ja "cycek mamin" od tej pory musiałam walczyć z samotnością dzieci, które wcale nie chciały się ze mną bawić, radzić sobie z tęsknotą za mamą, przemieszczać się na pupsku za dziećmi i za zabawkami po przedszkolnym dywanie.
A potem przyszedł czas na pierwszy prawdziwy ból kiedy to jedno z dzieci prosto w oczy powiedziało mi że Oni nie będą sie ze mną bawić bo jak jestem chora to przecież oni się zarażą i ja nagle wstane i pójdę a oni podzielą mój los kończąc na wózku.
Wiedziałam, że to absurd i nawet nie próbowałam tego odkręcać bo w końcu udało mi się zawrzeć pierwszą, prawdziwą przyjaźń która trwała potem bardzo, bardzo długo...
Ale od tego czasu aż do dziś irytuje mnie jak małą wiedzę posiadają ludzie nt niepełnosprawności.
Moje zerówkowe zmagania zbiegły sie wówczas z pierwszą, przedszkolną miłością, a także pierwszymi idolami na szklanym ekranie...
Bo najpierw była "Britnej Spirs" i jej sławny przebój "Baby one more time" rozgrywany w Hamerykańskim liceum.
Jakiś czas później zaczęło się prawdziwe szaleństwo ogarniające mnie i moich rówieśników jak i 3/4 polski.
Czas kiedy na ekrany weszła telenowela "Zbuntowany Anioł" i gdy głównym tematem małych dziewczynek było obgadywanie poszczególnych odcinków.
Mnie również ogarnęło to szaleństwo.
Kochałam ten film i Natalię Oreiro.
Bo przede wszystkim miała na imię Natalia.
Bo miała takie śliczne, brązowe loki!
Bo jak jej sie coś nie spodobało to przyszła do Iva i jak go w pysk palła!
No i przede wszystkim bo ładnie śpiewała.
A muzyka była i jest dla mnie czymś naprawde ważnym.
Toteż sobie śpiewałyśmy.
Ona w kasecie.
Ja na kanapie obok radyjka.
I marzyłam sobie o takim Ivie, o takim bogatym domu, księciu z bajki i karierze muzycznej....
Kolejne etapy mojego życia były to: pierwsza klasa, konkurs recytatorski, krótka aczkolwiek niezapomniana kariera solistyczna, kolejni idole,hospitalizacje, pierwsze miłostki,przyjaźnie na całe życie, komunia, wyjazd nad morze, ślub siostry, narodziny siostrzeńców, strachy, bóle, nadzieje, kompleksy...
Miliardy tych znaczących chwil w tak niekrótkim czasie.
A teraz?
A teraz mam osiemnaście lat.
Niby już dorosła ale wciąż jeszcze wgłębi ta mała Natalka.
Wciąż jeszcze wole seriale od bajek:P
Wciąż nie rozumiem czasem jak bezwzględni ludzie.
Wciąż mam bogatą fantazję.
Wciąż kocham śpiewać.
Wciąż czasem robie dziwne głupie rzeczy. Takie nieprzemyślane.
I wciąż jeszcze jestem na tyle naiwna że sądze że pewnego dnia stanę sie bardzo znaną i szanowaną osobą.
A do tego bogatą i ładną.
I że zamieszkam sobie pewnego dnia w ślicznej willi w południowej Ameryce.
Nie wiedziałam, że tak zwykła czynność jak skanowanie starych zdjęć z dzieciństwa skłoni mnie do takich refleksji i wspomnień.
Boże.
Gdybyście wiedzieli jak Ja bardzo zmieniłam się od tamtego czasu!
Nigdy nie byłam zwykłym dzieckiem.
I nie myślcie że mówię tutaj o chorobie.
Nie w tym rzecz.
Bo do pewnego czasu moje ograniczenie było dla mnie tak zwykłe że nawet nie miałam sie kiedy nad tym zastanowić.
Nie chodziłam, nie biegałam, nie skakałam.
Ale miałam takie maleńkie grono znajomych z sąsiedztwa które widywało mnie od zawsze taką samą i zdawali się jak ja nie dostrzegać różnicy.
A jednak było we mnie tyle oryginalnych cech że do dziś się dziwie.
Byłam dzieckiem niezwykle gadatliwym.
Dzieckiem które najbardziej wolało towarzystwo starszych osób (ale to zostało mi do dzisiejszego dnia).
Byłam dzieckiem tak łatwowiernym że patrząc na młodszą siostrę stawiającą pierwsze kroki myślałam, że ja tak nie mogę bo...Po prostu się nie nauczyłam.
Dzieckiem pomysłowym- Bo do dziś siostra mi wypomina że pewnego dnia po prostu wzięłam kija i wjechałam wózkiem do pokoju gdzie leżała a potem jej tym kijem drzysnęłam.
I najlepsze w tym wszystkim było to że ja nie chciałam jej zrobić krzywdy tylko odebrałam to jako dobrą zabawę. Chciałam jej po prostu zrobić psikusa. Ale... Nie wyszło:P
Do szóstego roku życia żyłam sobie spokojnie w domu aż pewnego dnia poszłam do zerówki.
No i się zaczęło!
Ja "cycek mamin" od tej pory musiałam walczyć z samotnością dzieci, które wcale nie chciały się ze mną bawić, radzić sobie z tęsknotą za mamą, przemieszczać się na pupsku za dziećmi i za zabawkami po przedszkolnym dywanie.
A potem przyszedł czas na pierwszy prawdziwy ból kiedy to jedno z dzieci prosto w oczy powiedziało mi że Oni nie będą sie ze mną bawić bo jak jestem chora to przecież oni się zarażą i ja nagle wstane i pójdę a oni podzielą mój los kończąc na wózku.
Wiedziałam, że to absurd i nawet nie próbowałam tego odkręcać bo w końcu udało mi się zawrzeć pierwszą, prawdziwą przyjaźń która trwała potem bardzo, bardzo długo...
Ale od tego czasu aż do dziś irytuje mnie jak małą wiedzę posiadają ludzie nt niepełnosprawności.
Moje zerówkowe zmagania zbiegły sie wówczas z pierwszą, przedszkolną miłością, a także pierwszymi idolami na szklanym ekranie...
Bo najpierw była "Britnej Spirs" i jej sławny przebój "Baby one more time" rozgrywany w Hamerykańskim liceum.
Jakiś czas później zaczęło się prawdziwe szaleństwo ogarniające mnie i moich rówieśników jak i 3/4 polski.
Czas kiedy na ekrany weszła telenowela "Zbuntowany Anioł" i gdy głównym tematem małych dziewczynek było obgadywanie poszczególnych odcinków.
Mnie również ogarnęło to szaleństwo.
Kochałam ten film i Natalię Oreiro.
Bo przede wszystkim miała na imię Natalia.
Bo miała takie śliczne, brązowe loki!
Bo jak jej sie coś nie spodobało to przyszła do Iva i jak go w pysk palła!
No i przede wszystkim bo ładnie śpiewała.
A muzyka była i jest dla mnie czymś naprawde ważnym.
Toteż sobie śpiewałyśmy.
Ona w kasecie.
Ja na kanapie obok radyjka.
I marzyłam sobie o takim Ivie, o takim bogatym domu, księciu z bajki i karierze muzycznej....
Kolejne etapy mojego życia były to: pierwsza klasa, konkurs recytatorski, krótka aczkolwiek niezapomniana kariera solistyczna, kolejni idole,hospitalizacje, pierwsze miłostki,przyjaźnie na całe życie, komunia, wyjazd nad morze, ślub siostry, narodziny siostrzeńców, strachy, bóle, nadzieje, kompleksy...
Miliardy tych znaczących chwil w tak niekrótkim czasie.
A teraz?
A teraz mam osiemnaście lat.
Niby już dorosła ale wciąż jeszcze wgłębi ta mała Natalka.
Wciąż jeszcze wole seriale od bajek:P
Wciąż nie rozumiem czasem jak bezwzględni ludzie.
Wciąż mam bogatą fantazję.
Wciąż kocham śpiewać.
Wciąż czasem robie dziwne głupie rzeczy. Takie nieprzemyślane.
I wciąż jeszcze jestem na tyle naiwna że sądze że pewnego dnia stanę sie bardzo znaną i szanowaną osobą.
A do tego bogatą i ładną.
I że zamieszkam sobie pewnego dnia w ślicznej willi w południowej Ameryce.
Ja i mój...Ivo. ;)
Marzenia się spełniają- 21 czerwca 2012
Tak właśnie sobie wtedy pomyślałam.
A jak pomyślałam tak i... zrobiłam. :)
Ale do rzeczy.
Kochani przechodzę ostatnie baaardzo ciężki, a jednocześnie bardzo satysfakcjonujący i pouczający dla mnie okres życia.
Około dwóch tygodni temu pewna ze znaczących osób w moim życiu dała mi namiary na fundację zajmującą się usprawnianiem osób po urazie rdzenia kręgowego.
Fundacja Aktywnej Rehabilitacji.
Pierwszą moją reakcją był śmiech.
Że ja?
Po co?
Przecież się nie dostane!
Nie dam rady!
Nie załatwię.
Dopiero potem na spokojnie usiadłam i zaczęłam weryfikować swoje plany.
Bo nie jest tajemnicą że pragnę mieć kiedyś własną rodzine.
Dzieci, męża, psa i ogród.
Że chce pracować z dziećmi z autyzmem i z zespołem downa.
Że przecież żebym się w końcu kiedyś zakochała i poszerzyła grono przyjaciół to muszę pojechać gdzieś i poznać nowe miejsca.
I że nie zrobię tego w momencie gdy prawie wszędzie potrzebna mi jest czyjaś pomoc.
I przede wszystkim to najważniejsze: Bo ja już nie chcę być dawną Natalią.
Bo zbyt wiele osób mnie widzi w świetle bezradnej, głupiutkiej i małej Natalci, którą trzeba się opiekować i mieć na nią oko.
I mam dosyć litościwych spojrzeń i tekstów starszych osób do moich przyjaciół i moich sióstr w stylu
"Jak to dobrze dziewczynki, że chociaż wy ją powozicie i popchacie wózek."
Zawsze się wtedy czuję jakbym dostała tępym narzędziem prosto w pysk.
Ulatnia się dobry humor.
Odechciewa się spacerów.
I czuję nad sobą litość.
I dlatego właśnie napisałam.
I wiecie co?
To była najlepsza moja decyzja od wielu lat.
Od tego czasu konsekwentnie zaczęłam starać się być samodzielna.
Czasem wychodzi mi to gorzej, mam gorszy dzień i trochę sie wkurzam.
Ale na szczęście mija to szybko.
We wrześniu pojadę na dziesięciodniowe warsztaty usprawniające.
Sama.
Zdana na siebie i nie uzależniona od nikogo.
I może nawet pewnego dnia przestanę być traktowana jako małe, chore i bezsilne dziecko?
I może pewnego dnia ktoś widząc jak wiele potrafię zrobić w końcu pojmie że nie potrzebuje ciągłego pilnowania i opieki?
I może im nawet buty pospadają z wrażenia. :P
A jak pomyślałam tak i... zrobiłam. :)
Ale do rzeczy.
Kochani przechodzę ostatnie baaardzo ciężki, a jednocześnie bardzo satysfakcjonujący i pouczający dla mnie okres życia.
Około dwóch tygodni temu pewna ze znaczących osób w moim życiu dała mi namiary na fundację zajmującą się usprawnianiem osób po urazie rdzenia kręgowego.
Fundacja Aktywnej Rehabilitacji.
Pierwszą moją reakcją był śmiech.
Że ja?
Po co?
Przecież się nie dostane!
Nie dam rady!
Nie załatwię.
Dopiero potem na spokojnie usiadłam i zaczęłam weryfikować swoje plany.
Bo nie jest tajemnicą że pragnę mieć kiedyś własną rodzine.
Dzieci, męża, psa i ogród.
Że chce pracować z dziećmi z autyzmem i z zespołem downa.
Że przecież żebym się w końcu kiedyś zakochała i poszerzyła grono przyjaciół to muszę pojechać gdzieś i poznać nowe miejsca.
I że nie zrobię tego w momencie gdy prawie wszędzie potrzebna mi jest czyjaś pomoc.
I przede wszystkim to najważniejsze: Bo ja już nie chcę być dawną Natalią.
Bo zbyt wiele osób mnie widzi w świetle bezradnej, głupiutkiej i małej Natalci, którą trzeba się opiekować i mieć na nią oko.
I mam dosyć litościwych spojrzeń i tekstów starszych osób do moich przyjaciół i moich sióstr w stylu
"Jak to dobrze dziewczynki, że chociaż wy ją powozicie i popchacie wózek."
Zawsze się wtedy czuję jakbym dostała tępym narzędziem prosto w pysk.
Ulatnia się dobry humor.
Odechciewa się spacerów.
I czuję nad sobą litość.
I dlatego właśnie napisałam.
I wiecie co?
To była najlepsza moja decyzja od wielu lat.
Od tego czasu konsekwentnie zaczęłam starać się być samodzielna.
Czasem wychodzi mi to gorzej, mam gorszy dzień i trochę sie wkurzam.
Ale na szczęście mija to szybko.
We wrześniu pojadę na dziesięciodniowe warsztaty usprawniające.
Sama.
Zdana na siebie i nie uzależniona od nikogo.
I może nawet pewnego dnia przestanę być traktowana jako małe, chore i bezsilne dziecko?
I może pewnego dnia ktoś widząc jak wiele potrafię zrobić w końcu pojmie że nie potrzebuje ciągłego pilnowania i opieki?
I może im nawet buty pospadają z wrażenia. :P
Dzieciorkowy miszmasz- 11 czerwca 2011
Igor dzisiejszego ranka gdzieś pomiędzy "Dudusiem Wesołkiem" a "Kotem Jamesem" niespodziewanie przestał wykazywać zainteresowanie bajkami.
A szkoda... Prawie wciągłam się w perypetie bajkowych postaci i z zapartym tchem śledziłam zmagania Dudusia i Meli... Ale cóż było zrobić?
W końcu Ja - osiemnastoletnia kobieta nie mogę się kłócić z rocznym siostrzeńcem o bajkę.
Być może dziesięć lat temu to by przeszło... Ale dziś? :/
Młody zerwał swe słodkie cztery literki z podłogi i podążając do mojego "ciasnego - ale - własnego" pokoju wskazał palcem na głośnik i już wiedziałam...
Znaleźliśmy wspólny język z chwilą gdy z wspomnianego wyżej głośnika rozległo się wspaniałe i nie śmiertelne : "Taki mały, taki duży może świętym być!"
Spojrzeliśmy więc z młodym na siebie i ze zrozumieniem zaczęliśmy sobą potrząsać.
On kuperkiem.
Ja głową w takt.
I tak sobie balowaliśmy.
I tylko raz za czas dochodziło między nami do sekundowych konfliktów w stylu "Igor nie ruszaj klawiatury" "Igor nie wyłączaj komputera" "Igor nie pogłaśniaj tak!"
No bo co ma dziecko zrobić, że jego własna osobista ciotka traktuje własny komputer z uczuciami niczym ten statystyczny mężczyzna własny samochodzik z garażu?
Nic nie poradzi. Ot co!
Natomiast w dniu wczorajszym wybrałam się z rodzicami do pobliskiego (no dobra... Nie tak znowu bliskiego) "M1" oraz "Carrefour". A tam?
Zatrzęsienie ludzi. Zatrzęsienie dzieci.
Zaczęłam więc robić to co zwykle lubię czyli: spacerując mimochodem przyglądałam się reakcjom dzieci do lat ośmiu na moją zacną be em wu- wózek znaczy.
I tak na podstawie moich obserwacji wyłoniłam kilka typów dzieci supermaketowych:
1.Dziecko - Obczajocha: Dziecko patrzy na mnie wielgaśnymi oczami lustrując mój wózek oraz mnie całą od stóp do głów. Gdy już zorientuje się że go nie zjem spokojnie wraca spokojnie do przerwanych czynności tj. naciągania rodzica na dziesiątą paczke chipsów,, lub biegania między półeczkami.
2. Dziecko - detektyw. Czyli mała śliczna blondyneczka, która śledziła mnie od "CCC" aż do perfumerii. Gdy w końcu uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco dziecko czmychnęło między wieszaki pobliskiego butiku by w spokoju kontynuować obserwacje obiektu - Czyli mnie.
Były też takie które na mój widok uśmiechały się wesoło, ciekawskie które (nie)zaspokajały swą dociekliwość u rodzica.
- Mamo! Czemu ta pani ma taki wózek?
- Cicho bądź!
oraz te w wieku Igorka które na mój wózek słodko szczebiotały "bruum" Bruum" pokazując na mnie paluszkiem.
A szczyt tych obserwacji nastąpił koło kas podczas gdy byłam już zbyt zmęczona by reagować na to co dzieje się wokół kiedy nagle pojawiło się dwóch chłopców: Starszy w wieku około komunijnym spojrzał na mnie nieprzychylnym wzrokiem po czym szepnął na tyle głośno że mogłam to usłyszeć wyraźnie:
- O cholera! Ale gruba baba! - Po czym pokazał mi środkowego palca, na co młodszy- (czterolatek na moje oko) ucieszony przytaknął
- No! Ale gruba baba!
No cóż.
Do chudych nie należę.
Trochę z własnej winy, ale bardziej z winy choroby i odmiennej anatomii.
Znaczy się spostrzegawczy!
W końcu nie są pierwszymi którzy zdążyli to zauważyć. (Podobną sytuacje opisałam kiedyś Tosinkowej mamie w komentarzu)
I nawet mnie to nie zabolało.
W końcu oglądam się w lustrze i się widze.
Tylko skąd w ustach tak małych dzieci już takie słowa?
I aż chce się zadać to sławne pytanie rodem z Interii:
"A gdzie byli rodzice?" ( Z tego co widziałam zajęci byli rozpakowywaniem zakupów z koszyka)
PS Ale żebyście nie myśleli! Dzieci lubie nadal i mimo wszystko :D
A szkoda... Prawie wciągłam się w perypetie bajkowych postaci i z zapartym tchem śledziłam zmagania Dudusia i Meli... Ale cóż było zrobić?
W końcu Ja - osiemnastoletnia kobieta nie mogę się kłócić z rocznym siostrzeńcem o bajkę.
Być może dziesięć lat temu to by przeszło... Ale dziś? :/
Młody zerwał swe słodkie cztery literki z podłogi i podążając do mojego "ciasnego - ale - własnego" pokoju wskazał palcem na głośnik i już wiedziałam...
Znaleźliśmy wspólny język z chwilą gdy z wspomnianego wyżej głośnika rozległo się wspaniałe i nie śmiertelne : "Taki mały, taki duży może świętym być!"
Spojrzeliśmy więc z młodym na siebie i ze zrozumieniem zaczęliśmy sobą potrząsać.
On kuperkiem.
Ja głową w takt.
I tak sobie balowaliśmy.
I tylko raz za czas dochodziło między nami do sekundowych konfliktów w stylu "Igor nie ruszaj klawiatury" "Igor nie wyłączaj komputera" "Igor nie pogłaśniaj tak!"
No bo co ma dziecko zrobić, że jego własna osobista ciotka traktuje własny komputer z uczuciami niczym ten statystyczny mężczyzna własny samochodzik z garażu?
Nic nie poradzi. Ot co!
...
Natomiast w dniu wczorajszym wybrałam się z rodzicami do pobliskiego (no dobra... Nie tak znowu bliskiego) "M1" oraz "Carrefour". A tam?
Zatrzęsienie ludzi. Zatrzęsienie dzieci.
Zaczęłam więc robić to co zwykle lubię czyli: spacerując mimochodem przyglądałam się reakcjom dzieci do lat ośmiu na moją zacną be em wu- wózek znaczy.
I tak na podstawie moich obserwacji wyłoniłam kilka typów dzieci supermaketowych:
1.Dziecko - Obczajocha: Dziecko patrzy na mnie wielgaśnymi oczami lustrując mój wózek oraz mnie całą od stóp do głów. Gdy już zorientuje się że go nie zjem spokojnie wraca spokojnie do przerwanych czynności tj. naciągania rodzica na dziesiątą paczke chipsów,, lub biegania między półeczkami.
2. Dziecko - detektyw. Czyli mała śliczna blondyneczka, która śledziła mnie od "CCC" aż do perfumerii. Gdy w końcu uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco dziecko czmychnęło między wieszaki pobliskiego butiku by w spokoju kontynuować obserwacje obiektu - Czyli mnie.
Były też takie które na mój widok uśmiechały się wesoło, ciekawskie które (nie)zaspokajały swą dociekliwość u rodzica.
- Mamo! Czemu ta pani ma taki wózek?
- Cicho bądź!
oraz te w wieku Igorka które na mój wózek słodko szczebiotały "bruum" Bruum" pokazując na mnie paluszkiem.
A szczyt tych obserwacji nastąpił koło kas podczas gdy byłam już zbyt zmęczona by reagować na to co dzieje się wokół kiedy nagle pojawiło się dwóch chłopców: Starszy w wieku około komunijnym spojrzał na mnie nieprzychylnym wzrokiem po czym szepnął na tyle głośno że mogłam to usłyszeć wyraźnie:
- O cholera! Ale gruba baba! - Po czym pokazał mi środkowego palca, na co młodszy- (czterolatek na moje oko) ucieszony przytaknął
- No! Ale gruba baba!
No cóż.
Do chudych nie należę.
Trochę z własnej winy, ale bardziej z winy choroby i odmiennej anatomii.
Znaczy się spostrzegawczy!
W końcu nie są pierwszymi którzy zdążyli to zauważyć. (Podobną sytuacje opisałam kiedyś Tosinkowej mamie w komentarzu)
I nawet mnie to nie zabolało.
W końcu oglądam się w lustrze i się widze.
Tylko skąd w ustach tak małych dzieci już takie słowa?
I aż chce się zadać to sławne pytanie rodem z Interii:
"A gdzie byli rodzice?" ( Z tego co widziałam zajęci byli rozpakowywaniem zakupów z koszyka)
PS Ale żebyście nie myśleli! Dzieci lubie nadal i mimo wszystko :D
Taki młody a już wie! - 4 czerwca 2012
Wczorajsze, baaardzo leniwe popołudnie.
Adrian majstruje przy zabawkach na stole.
Jesteśmy na podwórku, ptaszki śpiewają.
No to wyciągam się na wózku i obserwuje młodego, który znudzony próbuje znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie.
Nagle słysze:
- Już wiem! Pobawię się w bank!
Wpada na pomysł. Sprząta stanowisko na stole, robi prowizorycznego laptopa, układa się wygodnie na siedzonku, po czym zamyka oczy i zaczyna głośno...chrapać.
Hm... Takie to młode a już wie jak działają firmy w Polsce... :D
Adrian majstruje przy zabawkach na stole.
Jesteśmy na podwórku, ptaszki śpiewają.
No to wyciągam się na wózku i obserwuje młodego, który znudzony próbuje znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie.
Nagle słysze:
- Już wiem! Pobawię się w bank!
Wpada na pomysł. Sprząta stanowisko na stole, robi prowizorycznego laptopa, układa się wygodnie na siedzonku, po czym zamyka oczy i zaczyna głośno...chrapać.
Hm... Takie to młode a już wie jak działają firmy w Polsce... :D
Zbzibziałam? 2 czerwca 2012
Nie mam weny.
Na nic.
Ani na scrapowanie...
Ani na opowiadanie...
Ani na wiersze...
Ani na grafikę...
Ani na bloga...
I nie wiem już co mam z tym fantem zrobić?
Zawsze jak siedziałam w domu to w końcu na coś naszła mnie ochota.
A teraz?
Nic kompletnie pomimo że dużo czytam, oglądam filmy, mam dla siebie w końcu czas na tych wakacjach.
Ostatnio wszystko co zrobie/napisze wydaje mi się takie mdłe...
Beznadziejne...
Dziecinne...
Nie doskonałe...
I tak mnie naszło na "maruda" bo oprócz tego ciesze się wolnym i mam bardzo dobry humor :)
PS Jeżeli czyta mnie ktoś kto również zajmuje się blogowaniem to proszę o pozostawienie namiaru. Bardzo chętnie was "nawiedzę"
Na nic.
Ani na scrapowanie...
Ani na opowiadanie...
Ani na wiersze...
Ani na grafikę...
Ani na bloga...
I nie wiem już co mam z tym fantem zrobić?
Zawsze jak siedziałam w domu to w końcu na coś naszła mnie ochota.
A teraz?
Nic kompletnie pomimo że dużo czytam, oglądam filmy, mam dla siebie w końcu czas na tych wakacjach.
Ostatnio wszystko co zrobie/napisze wydaje mi się takie mdłe...
Beznadziejne...
Dziecinne...
Nie doskonałe...
I tak mnie naszło na "maruda" bo oprócz tego ciesze się wolnym i mam bardzo dobry humor :)
PS Jeżeli czyta mnie ktoś kto również zajmuje się blogowaniem to proszę o pozostawienie namiaru. Bardzo chętnie was "nawiedzę"
Wielkanoc 2012 w WIELKIM skrócie- 8 kwietnia 2012
Adrianek zakochany, Igorek roześmiany.
Ja wciąż jeszcze w stresie przed godziną "zero" jaką jest matura, wciąż w potrzasku i nie wiedząca co przyniesie nadchodzące lato...
Jestem po śniadaniu wielkanocnym, objedzona tak, że nie wcisnę chyba obiadu...
A na podwórku zima...
Oczom nie wierzę (zdążyłam przecież zmienić opony na letnie:P)
I stałam się posiadaczką kamerki internetowej...
I wyglądam w niej... Niekorzystnie.
I niech mi szanowni czytelnicy wybaczą moje lenistwo w pisaniu bloga, oraz jego wątpliwą regularność, ale do jasnej ciasnej jakoś Ja nikomu nie truję, że z komentowaniem to niektórzy na bakier! :P
Wyjątkiem, który mogę zaakceptować są Hanusia,siostra,oraz Martusia Tosinkowa :* .
Przecież w końcu to moje kochane matki polki:*
A wy? Nie wykręcać się!
Bo jak tupnę!(czyt. "utrącę" stópki kółeczkiem)
Albo po prostu...
Nadal będę pisać tylko dla siebie:P
Ale chyba... wolę dla was. :)
Kochani moi!
Z okazji wielkanocnego okresu życzę wam, żeby wasze życie układało się wyłącznie po waszej (pozytywnej) myśli.
Z okazji wielkanocnego okresu życzę wam, żeby wasze życie układało się wyłącznie po waszej (pozytywnej) myśli.
No to pospane... 9 marca 2012
Scenka sprzed dwóch dni, godzina około jedenastej wieczorem.
Nie mogąc zasnąć po raz enty przewracam się na drugi obok zniecierpliwiona.
Cały dom już śpi.
W końcu biorę głęboki oddech, już spokojniej.
Byle się wyciszyć.
Byle zasnąć.
W końcu za osiem godzin trzeba będzie wstać…
I znów do szkoły…
Mija jakiś czas i odpływam…
Tracę kontakt z rzeczywistością.
I nagle przed oczami widzę ją.
Małą dziewczynkę o blond cudownych i długich loczkach.
W sukieneczce do kolanka.
Biega po ogrodzie.
Bawi się.
A ja siedzę pod dębem w ogrodzie.
A obok mnie mój mąż stoi odwrócony tyłem.
Nie widzę jego twarzy.
(W zasadzie w żadnym z takich snów nigdy jeszcze nie widziałam twarzy mojego męża. Dziwne. )
Nagle moja córeczka przystaje i patrzy na mnie z uśmiechem.
Śliczna jest.
Nagle słyszę dziewczęcy głos.
-Natalia?
Już, już mam tłumaczyć mojemu dziecięciu, że do mamusi nie należy mówić po imieniu, gdy głos znów nawołuje.
- Natalia! Odłóż mp3 na stolik!
Obraz dziecka, ogrodu, dęba i męża rozmazuje i się i znika.
Widzę tylko ciemność.
Wkurzona próbuje wytłumaczyć sobie i moim zaspanym, szarym komórkom, że toTYLKO Ola!
Moja o pięć lat i trzy dni młodsza siostra, z którą nadal dziele jeden pokój, anawet jedno łóżko, bo… tak lubimy.
Znów jak wczoraj słuchała muzyki do późna.
Wkurzona sięgam dłonią po odtwarzacz, ale zamiast niego łapię… powietrze.
- No gdzie to mp3? - Pytam retorycznie.
- No tu! - Ola robi ruch ręką, lecz znów nic nie dosięgam.
Zwracam oczy ku ciemnym niebiosom i macam, próbując znaleźć zgubę.
Poduszka.
Ramię Oli.
Łeb Oli.
Empe trójki brak.
- Nie ma! - Warczę zła, że zostałam obudzona i nakazuje. - Zaświeć światło.
Ola wychodzi z łóżka spełniając me żądanie.
Światło razi mnie w oczy i muszę kilkakrotnie zamrugać by przyzwyczaić swe oczy, po spędzeniu w ciemności godziny.
Zaczynamy przeszukiwać w kolejności przypadkowej: kołdrę, poduszki, prześcieradło.
Nie ma.
Jak kamień w wodę.
Ola wciąż jeszcze zaspana i gnuśna rozgląda się po pokoju, po czym ze stoickim spokojem mówi:
- Aha. Dobra. Jest na biurku. Śniło mi się, że słuchałam muzyki. - Wyjaśnia jak gdyby nie była tym zdziwiona.
Następnie gasi lampę, układa się na łóżku, odwraca tyłkiem i… zasypia…
Dobranoc Ola.
Nie mogąc zasnąć po raz enty przewracam się na drugi obok zniecierpliwiona.
Cały dom już śpi.
W końcu biorę głęboki oddech, już spokojniej.
Byle się wyciszyć.
Byle zasnąć.
W końcu za osiem godzin trzeba będzie wstać…
I znów do szkoły…
Mija jakiś czas i odpływam…
Tracę kontakt z rzeczywistością.
I nagle przed oczami widzę ją.
Małą dziewczynkę o blond cudownych i długich loczkach.
W sukieneczce do kolanka.
Biega po ogrodzie.
Bawi się.
A ja siedzę pod dębem w ogrodzie.
A obok mnie mój mąż stoi odwrócony tyłem.
Nie widzę jego twarzy.
(W zasadzie w żadnym z takich snów nigdy jeszcze nie widziałam twarzy mojego męża. Dziwne. )
Nagle moja córeczka przystaje i patrzy na mnie z uśmiechem.
Śliczna jest.
Nagle słyszę dziewczęcy głos.
-Natalia?
Już, już mam tłumaczyć mojemu dziecięciu, że do mamusi nie należy mówić po imieniu, gdy głos znów nawołuje.
- Natalia! Odłóż mp3 na stolik!
Obraz dziecka, ogrodu, dęba i męża rozmazuje i się i znika.
Widzę tylko ciemność.
Wkurzona próbuje wytłumaczyć sobie i moim zaspanym, szarym komórkom, że toTYLKO Ola!
Moja o pięć lat i trzy dni młodsza siostra, z którą nadal dziele jeden pokój, anawet jedno łóżko, bo… tak lubimy.
Znów jak wczoraj słuchała muzyki do późna.
Wkurzona sięgam dłonią po odtwarzacz, ale zamiast niego łapię… powietrze.
- No gdzie to mp3? - Pytam retorycznie.
- No tu! - Ola robi ruch ręką, lecz znów nic nie dosięgam.
Zwracam oczy ku ciemnym niebiosom i macam, próbując znaleźć zgubę.
Poduszka.
Ramię Oli.
Łeb Oli.
Empe trójki brak.
- Nie ma! - Warczę zła, że zostałam obudzona i nakazuje. - Zaświeć światło.
Ola wychodzi z łóżka spełniając me żądanie.
Światło razi mnie w oczy i muszę kilkakrotnie zamrugać by przyzwyczaić swe oczy, po spędzeniu w ciemności godziny.
Zaczynamy przeszukiwać w kolejności przypadkowej: kołdrę, poduszki, prześcieradło.
Nie ma.
Jak kamień w wodę.
Ola wciąż jeszcze zaspana i gnuśna rozgląda się po pokoju, po czym ze stoickim spokojem mówi:
- Aha. Dobra. Jest na biurku. Śniło mi się, że słuchałam muzyki. - Wyjaśnia jak gdyby nie była tym zdziwiona.
Następnie gasi lampę, układa się na łóżku, odwraca tyłkiem i… zasypia…
Dobranoc Ola.
Śpij dobrze.
Takie to życie dziwne jest...- 4 marca 2012
I znów kolejna katastrofa.
Znów kolejne ofiary...
Odeszło szesnaście osób...
Szesnaście osób, które wsiadając do tego pociągu miały tyle planów, marzeń...
Lecz były to ich ostatnie plany w życiu.
Oni odeszli, a ja oglądam to ze zgrozą i niedowierzaniem
Przecież niedawno żegnaliśmy małą Madzię, były łzy, żal i smutek...
Spokój trwał zaledwie kilka tygodni...
I dziś zapewne nie jestem jedyną osobą która nie może się z tym pogodzić...
Bo czy można pogodzić się ze śmiercią?
Znów kolejne ofiary...
Odeszło szesnaście osób...
Szesnaście osób, które wsiadając do tego pociągu miały tyle planów, marzeń...
Lecz były to ich ostatnie plany w życiu.
Oni odeszli, a ja oglądam to ze zgrozą i niedowierzaniem
Przecież niedawno żegnaliśmy małą Madzię, były łzy, żal i smutek...
Spokój trwał zaledwie kilka tygodni...
I dziś zapewne nie jestem jedyną osobą która nie może się z tym pogodzić...
Bo czy można pogodzić się ze śmiercią?
100dniówka- 8 lutego 2012
Próby do poloneza-Zaliczone!
Kreacja-Kupiona!
Fryzjer, makijażysta, maniucurzystka (W postaci trzech sióstr :D)-Zabukowane!
No to teraz kopnijcie mnie w zadek na szczęscie,
żebym ja się dobrze bawiła,
żeby inni się ze mną dobrze bawili,
żebym wyglądała olśniewająco ( A co tam! xD)
i żeby ten polonez udał się tak samo dobrze jak na wczorajszej próbie!
Byle by do soboty...
A potem upragnione, zimowo-mroźne, długo wyczekiwane...
MOJE OSTATNIE FERIE jako uczennica :D
A potem?
A potem się mignie, śmignie... aż do matury!
Kreacja-Kupiona!
Fryzjer, makijażysta, maniucurzystka (W postaci trzech sióstr :D)-Zabukowane!
No to teraz kopnijcie mnie w zadek na szczęscie,
żebym ja się dobrze bawiła,
żeby inni się ze mną dobrze bawili,
żebym wyglądała olśniewająco ( A co tam! xD)
i żeby ten polonez udał się tak samo dobrze jak na wczorajszej próbie!
Byle by do soboty...
A potem upragnione, zimowo-mroźne, długo wyczekiwane...
MOJE OSTATNIE FERIE jako uczennica :D
A potem?
A potem się mignie, śmignie... aż do matury!
Z tego się już nie cieszę niestety... :P
PS Dwudziestego piątego stycznia na świat przyszła moja nowa blogowa kumpelka Anielka vel. Nela :*, którą raz jeszcze chce powitać wśród nas i życzę wieele,wieele uśmiechu! :*
WITAJ NA ŚWIECIE ANIELKO:*
PS Dwudziestego piątego stycznia na świat przyszła moja nowa blogowa kumpelka Anielka vel. Nela :*, którą raz jeszcze chce powitać wśród nas i życzę wieele,wieele uśmiechu! :*
WITAJ NA ŚWIECIE ANIELKO:*
Nowy rok...- 30 grudnia 2011
Jutro powitam nowy rok.
Dziewiętnasty rok mojego życia.
Mijający rok był...
Szalony.
Oj tak.
W ciągu niespełna dwunastu miesięcy zmieniło się tak wiele,
że ledwo nadążam.
A to przecież namiastka tego, co mnie czeka.
Za mną ponowne zostanie ciocią, ślub siostry, wejście w pełnoletniość
zarówno mnie jak i wielu moich znajomych i przyjaciół.
Przede mną kolejne wesele, tym razem następnej w kolejce siostry :D,
a przede wszystkim studniówka i najgorsze,
najtrudniejsze dni z Serii "matura"
a także koniec szkoły i całkowita zmiana życia.
Wiem już, że siostra od września wraca do pracy, a wiec będę
spełniała się w roli ciotki-polki zajmując się w miarę swoich sił
i z pomocą mamy Igorkiem.
Na nudę przy rocznym dziecku chyba nie będę narzekać?
Wiem, że będę się starać zdać maturę,
jak będzie trzeba to nawet dwukrotnie.
Wiem, że będę musiała znaleźć jakąś przynajmniej dorywczą pracę.
I wiem, że JAKOŚ przecież się ułoży.
Tak jak układały się kolejno losy mojego życia, gdy czasem było ciężko…
A jednak…
Świadomość tego,
że zostawiam za sobą całą młodość,
przyjaźnie szkolne, ludzi, których znałam i będę musiała
iść dalej podejmując coraz trudniejsze decyzje w moim życiu jest...
Paraliżująca.
I nie ukrywam boję się tego roku...
Cholernie się go boję.
I pomyśleć, że jako mała dziewczynka chciałam być dorosła...
Niech ktoś zatrzyma ten czas...
Dziewiętnasty rok mojego życia.
Mijający rok był...
Szalony.
Oj tak.
W ciągu niespełna dwunastu miesięcy zmieniło się tak wiele,
że ledwo nadążam.
A to przecież namiastka tego, co mnie czeka.
Za mną ponowne zostanie ciocią, ślub siostry, wejście w pełnoletniość
zarówno mnie jak i wielu moich znajomych i przyjaciół.
Przede mną kolejne wesele, tym razem następnej w kolejce siostry :D,
a przede wszystkim studniówka i najgorsze,
najtrudniejsze dni z Serii "matura"
a także koniec szkoły i całkowita zmiana życia.
Wiem już, że siostra od września wraca do pracy, a wiec będę
spełniała się w roli ciotki-polki zajmując się w miarę swoich sił
i z pomocą mamy Igorkiem.
Na nudę przy rocznym dziecku chyba nie będę narzekać?
Wiem, że będę się starać zdać maturę,
jak będzie trzeba to nawet dwukrotnie.
Wiem, że będę musiała znaleźć jakąś przynajmniej dorywczą pracę.
I wiem, że JAKOŚ przecież się ułoży.
Tak jak układały się kolejno losy mojego życia, gdy czasem było ciężko…
A jednak…
Świadomość tego,
że zostawiam za sobą całą młodość,
przyjaźnie szkolne, ludzi, których znałam i będę musiała
iść dalej podejmując coraz trudniejsze decyzje w moim życiu jest...
Paraliżująca.
I nie ukrywam boję się tego roku...
Cholernie się go boję.
I pomyśleć, że jako mała dziewczynka chciałam być dorosła...
Niech ktoś zatrzyma ten czas...
"A po nocy przychodzi dzień,a po burzy spokój..."- 9 listopada 2011
Poszłam dziś do szkoły.
Nadprogramowo, gdyż środy są moim dniem wolnym od szkoły.
Po co?
Napisać zaległy sprawdzian z dwóch epok. Średniowiecza i renesansu.
Jako że sprawdzian odbyć się miał dopiero na ostatniej lekcji, to przez prawie cały dzień (po za małym wyjściem do OREWU) powtarzałam materiał.
Powtarzałam.
Powtarzaałaam.
Wiedza jak na złość ( albo jak zawsze) nie chciała wejść do głowy,
więc jak już wróciłam z ośrodka po godzince przerwy, to potem przestałam nawet zważać na to, czy jest przerwa, czy lekcja.
Kułam praktycznie cztery godziny bez ani sekundy przerwy.
Może to dla kogoś NIC, ale dla mnie (wiecznego lenia, nerwusa i nie wiem czego jeszcze) to jest COŚ!
I naprawdę byłam z siebie dumna.
Niestety sprawdzian poszedł dość...kiepsko gdyż epoki zaczęły nie ubłagalnie mącić się w głowie.
Nie to, ze nie napisałam zupełnie nic, aczkolwiek parę faktów za sprawą stresu całkiem pominęłam i zapomniałam.
No i się zirytowałam.
Do domu wracałam w kiepskim nastroju, zmęczona, wkurzona i zrezygnowana.
Przed domem, gdy już miałam otwierać drzwi wejściowe mama zawołała, bym poszła do ogrodu, gdzie grabiła liście.
Pojechałam.
Przywitał mnie mój rozchichotany siostrzeniec, dumnie aczkolwiek jeszcze nie poradnie kroczący w moją stronę przez trawnik.
Na mój widok zareagował z tak rozkoszną euforią, że aż serce urosło.
Gdy już posiedzieliśmy troszkę gryząc herbatniki, gaworząc i przyglądając się przyrodzie,
Moja mama poinformowała, że o to dziś dostałam przesyłkę z papierami do moich "pracek" na które czekam.
Przeglądając te cudeńka i mając w myślach te niebieskie roześmiane oczka, już wiem, że pewne rzeczy i pewne problemy przy szczęściu jakie mam w życiu jest niczym.
A jutro przyjdzie Madzia!
Hip Hip! Hura! :D
UWAGA! Notka tylko dla ludzi o mocnych nerwach./ Urodzinu/ Podróże małe i duże z rentą w tle. 3 października 2011
Sobota 1.10.2011r:
Moje urodziny minęły mi baaardzo przyjemnie. Około godziny siedemnastej odbyła się kameralna impreza osiemnastkowa z udziałem moich najbliższych przyjaciół. (A. M. T. K. E i K.- Gracias!) Dostałam cudowne prezenty, ale przedewszystkim mam cudowne wspomnienia, które zapadną w mojej pamięci już chyba do końca życia…
Rozstałyśmy się około godziny jedenastej więc można przyjąć że dziewczynom również bardzo się podobało.
Poniedziałek 3.10.2011r:
Niedobudzona próbuje przestawić mózgownice na właściwe tory, a wychodząc z łazienki dwukrotnie sprawdzam szkolną torebkę, tylko po to by uzmysłowić sobie, że przecież do szkoły dziś nie idę.
Ma się dziś odbyć komisja lekarska, dzięki której będe mogła dostać rentę socjalną przysługująca każdemu pełnoletniemu niepełnosprawnemu.
Wsiadam do samochodu, jedziemy z rodzicami. Zakładam jak zwykle mp3 na uszy… Jest spokojnie… Do czasu!
Dojeżdżamy do miasta Kraków. Po drodze mijam tysiące sklepów, szyldów i… plakatów wyborczych.
Hm... - Myślę sobie-Jacy oni piękni, idealni i cudowni na tych plakatach… Wszyscy się kochają, obiecują gruszki na wierzbie, jedni popierają drugich. Do czasu.
Dalszą drogę staram wzrokiem omijać „przesłodzone” plakaty w obawie przed nagłym wzrostem glukozy oraz mdłościami.
Jedziemy dalej. W słuchawkach moja ulubiona religijna piosenka.
Dostaje nastroju wręcz cudownego…Religijny nastrój pryska, gdyż przed oczami wyrasta mi wielki szyld reklamujący Night club, wraz z wypisanymi wielką czcionką wszystkimi opcjami tego lokalu…
O matko jedyna…
Zniesmaczona ściągam słuchawki i dopiero po dłuższej chwili decyduje się je włożyć ponownie…
Niedługo potem mijam przystanek z namalowanym różowym (!) sprayem wyznanie.
MISIO KOCHA ANIĘ!!
Pod spodem niegrzecznie odpisano.
A g**no prawda!!
Se, se, se! Ależ niecodzienny sposób dania kosza…
Stoimy na światłach.Nagle moje oczęta pośród tłumu spieszących sie ludzi wyławiają mężczyzne. Na jego widok robi mi się miekko na sercu…
Mężczyzna naprawde przystojny… Zarost, brązowe oczy. I to nic że ma około trzydzieści lat…
Nagle dołącza do niego kobieta. Prowadzone za ręke jedno dziecko na oko trzy letnie zostaje włożone ojcu na barana, drugie w wózku śliniące sie rozkosznie zostaje również przejęte przez ojca.
Zresztą podobnie jak i torebki z zakupami.
Na oko cztery.
I podobnie jak ośmiopak…papieru taletowego…
Och! - Rozmarzam się - Jak on ją kocha… Zabiera od niej dzieci, zakupy, papiery toaletowe…Musi ją kochać… W dzieciństwie na pewno nosił za nią plecak!
Małżeństwo dało sobie buziaka… Prawie rozpływam się z zazdrości i zachwytu nad tak szczęśliwą parą… Zielone światło. Może to i lepiej…?
Dojeżdżamy na miejsce. Przemiły pan przewozi mnie do budynku specjalną platformą, dzieki której mogę uniknąć „wynoszenia mnie po schodach”.Taka sama platforma zainstalowana jest w mojej szkole. Naprawdę fajne urządzenie.
W budynku kierują nas do odpowiednich pokoi. Czekamy…
Nagle zza moich pleców słysze gaworzenie małego chłopca.
Identyczny głos jak młodszego siostrzeńca. Na oko dziewięciomiesięczne dziecię prowadzone za palce przez mamę ochoczo kieruję sie do mojego wózka.
Ehh, faceci i zamiłowanie motoryzacją.
- Tak synku, dziewczynka ma buuum - Mówi matka uśmiechając sie do mnie.
- Cia…- Zgadza się maleńki.
Patrzę na małego, przez chwilę mierzymy się wzrokiem. Uśmiechamy się do siebie. Po kilku sekundach chłopiec uderza w moje koło z całą mocą w ręke.
- Baa! - Wyraża swą opinie
Taak…Ja też uważam że są lepsze modele…
Chłopiec znudzony pojazdem po chwili znika z mamą za korytarzem, poznając znacznie ciekawsze zakątki.
Czekamy.
Dzięsięć minut.
Piętnaście minut.
Dwadzieścia minut.
Kurde, nie znoszę czekać- Jęcze w duchu.
Pół godziny.
W końcu wyczytują moje nazwisko. Wchodzimy do gabinetu, kobieta pyta mnie i moją rodzicielkę o dowód osobisty.
A to klops.
Mama tłumaczy, że dopiero dziś składamy wniosek.
Lekarka która mnie bada z chłodnym uśmiechem zawiadamia nas, że nie może wejść do systemu nie mając dowodu osobistego.
Mama tłumaczy, że dzwoniła by powiadomić że nie mam jeszcze dokumentu.
Kobieta pyta więc o paszport.
Upss. No i znowu klops.
Grzecznie odpowiadamy, że paszportu nie posiadam. Po prostu. Nie było takiej potrzeby. W końcu najdalsza podróż w życiu odbyłam do Kołobrzegu.
Kobieta uprzejmie informuje, że nie ma szans. Że badanie się dziś nie odbędzie. Wychodzimy z kwitkiem, kierowani do pokoju, gdzie moja mama pisze podanie o zmiane daty komisji. Cała podróż na marne…
Droga powrotna. Znów szukam inspiracji za szybą samochodu. Mijam kolejne budynki, jednak nic ciekawego się nie zdarza…
Nagle przyciskam niechcący zestaw głośno mówiący, który niemile piszczy. Zerkam na ekran.
„Proszę mówić!”-rząda aparat.
No co to kurde?! Przesłuchanie?!
- No jeszcze czego- Warcze
-Do kogo ty mówisz? - Moja mama zaniepokojona odwraca się z przedniego siedzenia i patrzy na mnie.
- Do telefonu… - Odpowiadam zgodnie z prawdą.
Mama patrzy na mnie dziwnie. W celu uniknięcia kobierzyna uśmiecham się przepraszająco.
Moi rodzice informują mnie że musimy przecież zrobić niezbędne zakupy. Lądujemy w jednym z supermarketów.
Wchodzimy, przepuszczam uprzejmie w drzwiach mężczyzne. To nic że jestem na wózku, to nic ze jestem kobietą. Wisi mi to. Mężczyzna nie mówi nawet dziękuje. Obojętnie mija mnie w drzwiach…
Cóż… Zdarza sie.
Przedemną dział SPORT. Zaintrygowana i z lekkim szokiem dostrzegam zamiast stosów piłek czy innych różnych dziwnych przedmiotów…znicze…
Mimowolnie parskam śmiechem.
Cóż! - Tłumaczę sama sobie- Najwyraźniej to nie są zwykłe znicze. Są olimpijskie. Tak… Stanowczo…
Po drodze mijam dwie degustacje. No to się degustuje! Najpierw żurek, następnie jogurt. Nawet zjeść można za darmo! Bomba!
Moja mama idzie w dział ubrania. Tata oddala się w poszukiwaniu jakiejś potrzebnej rzeczy. Ja oddalam się w papierniczy.
Po dłuższej chwili we trójke wybieramy niezbędne artykuły spożywcze, tata płaci. Wychodzimy. Powietrze jest ciepłe, wręcz letnie, dostaje słońcem po oczach. A co mi tam! Jest cudnie!
W drodze powrotnej zmierzamy przez most połozony nad wisłą. Obok pięknej rzeki postawione…wielkie kominy z których wydobywa się nie przyjemny, szary i śmierdzący dym.
Niezła lokalizacja… Nie ma co…
W rodzinnym mieście nie daleko końca podróży jemy obiad w restauracji,wychodze przejedzona i grubsza o kolejny kilogram.
W samochodzie z przejedzenia nie włączam nawet piosenek. Nie mam sił na nic… Do chłodnego, pozbawionego duchoty, miłego domciu wracam z uśmiechem na twarzy…
Home sweet home!
wtorek, 9 października 2012
Czy ja już potrzebuję psychologa??
Gdzieś koło piątej rano. Koło mnie śpi Adrian, którego siostra wychodząc prawie ciemną do pracy podrzuciła nam i Igorka do domu.
Jest jeszcze ciemno.
Wczoraj o tej porze obudziłam się w podłym, płaczliwym nastroju zdając sobie różne, smutne sprawy...
Dziś przypomniało mi się jak siostra opowiadała taką o to historyjkę zasłyszaną w "necie":
Chłopak zmęczony po szkole wchodzi do pokoju. W ręce dzierży komórkę oraz kubek, gorącej, pyszniutkiej herbaty. Chcąc odciążyć sobie rękę postanawia rzucić na łóżko komórkę...
...Zgadnijcie czym rzucił...?
Się rozwyłam...
Ze śmiechu...
:D
Niedługo przyjdzie do mnie pan z kaftanem.
I zamknie mnie w domku bez klamek.
Z gumowymi ścianami.
Ale cóż. Problemy problemami, a śmiać się trzeba!
Z serii "perełki":
Nalewam małemu herbatki. Z sokiem malinowym bo innej mały nie toleruje.
- Igor? - Zagajam.-Kochasz ciocię?
-Kaaam! - Odpowiada dziecko.
Z wrażenia rozlałam sok.
*kurtyna*
poniedziałek, 8 października 2012
...
To nie są najfajniejsze dni mojego życia...
Pogoda się popsuła...
Na nic nie mam ochoty...
Właśnie sypie się kolejna z moich przyjaźni...
Właśnie dostałam kolejny cios.
Mija właśnie pięć miesięcy siedzenia w domu.
Wiem, że to nie jest depresja. Że mam mały dołek, że to po jakimś czasie minie.
Że przecież to nie pierwszy raz.
Ale niech ktoś mi w końcu powie, gdzie ja idę??
Pogoda się popsuła...
Na nic nie mam ochoty...
Właśnie sypie się kolejna z moich przyjaźni...
Właśnie dostałam kolejny cios.
Mija właśnie pięć miesięcy siedzenia w domu.
Wiem, że to nie jest depresja. Że mam mały dołek, że to po jakimś czasie minie.
Że przecież to nie pierwszy raz.
Ale niech ktoś mi w końcu powie, gdzie ja idę??
A żeby nie zakończyć całkiem pesymistycznie:
W tamtym tygodniu czternaste urodziny obchodziła młodsza.
Czyli Ola- poprostu :D
Dziecko które:
Spadło z ławy łamiąc ręke.
Ugryzło mnie kiedyś w ramię.
Jest upierdliwe, że hej.
Zna angielski lepiej ode mnie.
Jest uzależnione od muzyki.
I od pewnego zespołu składającego się z pięciu chłopców:D
W tamtym tygodniu czternaste urodziny obchodziła młodsza.
Czyli Ola- poprostu :D
Dziecko które:
Spadło z ławy łamiąc ręke.
Ugryzło mnie kiedyś w ramię.
Jest upierdliwe, że hej.
Zna angielski lepiej ode mnie.
Jest uzależnione od muzyki.
I od pewnego zespołu składającego się z pięciu chłopców:D
I znowu jest upierdliwe.
I nie lubi polskiego.
I udaję dyslektyka.
I od kiedy ubrało na nogi obcasy i pomalowało oczy już wcale nie jest dzieckiem.
Sto lat Olson raz jeszcze!
A zdjęcie Olsona wstawię. Może. Jak mi pozwoli. :P
I nie lubi polskiego.
I udaję dyslektyka.
I od kiedy ubrało na nogi obcasy i pomalowało oczy już wcale nie jest dzieckiem.
Sto lat Olson raz jeszcze!
A zdjęcie Olsona wstawię. Może. Jak mi pozwoli. :P
czwartek, 4 października 2012
Chłopakowe dialogi!
Adrian: Ciociu, gdzie idzie ciocia Ola?
Ja zdziwiona: Gdzie idzie?
Adrian: No właśnie nigdzie...
Ja zdziwiona: Gdzie idzie?
Adrian: No właśnie nigdzie...
Adrian: Uderzyłem się w kota!!
Ja: Igorku, ile masz lat?
Igor: Tsiy!
A ten mój malutki Aduś, Adzik, Duduś, Adinek maleńki, któremu jeszcze wczoraj śpiewałam "Na Adusia z popielnika" dziś stał się poważnym Adrianem. Uginając się pod wieeelkim tornistrem, zaopatrzony w zeszyty debiutuje jako pierwszak... :)
Ja: Igorku, ile masz lat?
Igor: Tsiy!
A ten mój malutki Aduś, Adzik, Duduś, Adinek maleńki, któremu jeszcze wczoraj śpiewałam "Na Adusia z popielnika" dziś stał się poważnym Adrianem. Uginając się pod wieeelkim tornistrem, zaopatrzony w zeszyty debiutuje jako pierwszak... :)
wtorek, 2 października 2012
Dziewiętnaście
Wczorajszy dzień był... pełen refleksji.
Nie smutny, bo stwierdziłam, że urodzin nie obchodzi się w smutku i wczoraj naprawdę miałam dobry humor, ale długo myślałam.
I o to do jakich wniosków dochodzę! Przez dziewiętnaście lat mojego życia dorobiłam się:
- Trądziku młodzieńczego.
- Trzech rodzai wózka :D
- Własnego pokoju i łazienki
- Bloga
- Znajomości internetowych
- Pięciu wierszy
- Jednego opowiadania
- Przyjaciół. Chociaż tak naprawdę każde urodziny są dla mnie sprawdzianem z przyjaźni. I tak na przykład zostałam obsypana wczoraj życzeniami i telefonami od ludzi, których czasem wręcz o to nie podejrzewałam. Niektórzy zapomnieli. Cóż. Ale chyba bardziej bolało mnie, że osoby, które kiedyś nazywałam przyjaciółmi, do których chodziłam na imprezy, łaziłam z nimi na spacer, piłam herbatę, śmiałam się do rozpuku i bawiłam w dzieciństwie zdobyły się jedynie na krótkie "sto lat". I... Tak. Niektóre z tych osób mają mój numer telefonu. I wiedzą gdzie mieszkam. I nie chodzi tu o obsypywanie mnie prezentami. Znacznie bardziej ucieszyłaby mnie ich pamięć i spacer. Albo herbata... A może przesadzam. Sama nie wiem.
- Ukończenia trzech szkół.
- Nie ukończenia matury :P
- Pożal się Boże - renty
- Adrianka i Igorka
- Tosinków, Ewki, Beatki i Elki. - Tego też nie muszę. Najfajniejsi ludzie pod słońcem. Dla nich tak naprawdę nigdy nie liczyło się to, że jestem niepełnosprawna. Ot obeszło je to. W taki sposób traktują mnie tylko moi najwięksi przyjaciele:* i oni się do nich zaliczają. Bez wątpliwie.
- Pierwszego wyjazdu na wakacje:)
- Znajomości nowego języka.
-Dwóch hobby. Od sióstr na urodziny dostałam zestaw startowy do decoupage. I cardmaking czyli ręczne robienie kartek.
- Miłości do książek.
Nie smutny, bo stwierdziłam, że urodzin nie obchodzi się w smutku i wczoraj naprawdę miałam dobry humor, ale długo myślałam.
I o to do jakich wniosków dochodzę! Przez dziewiętnaście lat mojego życia dorobiłam się:
- Trądziku młodzieńczego.
- Trzech rodzai wózka :D
- Własnego pokoju i łazienki
- Bloga
- Znajomości internetowych
- Pięciu wierszy
- Jednego opowiadania
- Przyjaciół. Chociaż tak naprawdę każde urodziny są dla mnie sprawdzianem z przyjaźni. I tak na przykład zostałam obsypana wczoraj życzeniami i telefonami od ludzi, których czasem wręcz o to nie podejrzewałam. Niektórzy zapomnieli. Cóż. Ale chyba bardziej bolało mnie, że osoby, które kiedyś nazywałam przyjaciółmi, do których chodziłam na imprezy, łaziłam z nimi na spacer, piłam herbatę, śmiałam się do rozpuku i bawiłam w dzieciństwie zdobyły się jedynie na krótkie "sto lat". I... Tak. Niektóre z tych osób mają mój numer telefonu. I wiedzą gdzie mieszkam. I nie chodzi tu o obsypywanie mnie prezentami. Znacznie bardziej ucieszyłaby mnie ich pamięć i spacer. Albo herbata... A może przesadzam. Sama nie wiem.
- Ukończenia trzech szkół.
- Nie ukończenia matury :P
- Pożal się Boże - renty
- Adrianka i Igorka
- Tosinków, Ewki, Beatki i Elki. - Tego też nie muszę. Najfajniejsi ludzie pod słońcem. Dla nich tak naprawdę nigdy nie liczyło się to, że jestem niepełnosprawna. Ot obeszło je to. W taki sposób traktują mnie tylko moi najwięksi przyjaciele:* i oni się do nich zaliczają. Bez wątpliwie.
- Pierwszego wyjazdu na wakacje:)
- Znajomości nowego języka.
-Dwóch hobby. Od sióstr na urodziny dostałam zestaw startowy do decoupage. I cardmaking czyli ręczne robienie kartek.
- Miłości do książek.
- Miłości do muzyki.
- W ogóle miłości. :))
- Naprawdę fajnej rodziny
- Garści wspomnień
- W ogóle miłości. :))
- Naprawdę fajnej rodziny
- Garści wspomnień
I reasumując to było fajne dziewiętnaście lat.
I moje ostatnie "naste" urodziny zaliczone o.O
I moje ostatnie "naste" urodziny zaliczone o.O
poniedziałek, 1 października 2012
Tu byłam ja
Czyli:
- Stara dziewiętnastolatka
- Dalej wózkowiczka
- Osoba bardzo szczęśliwa
- Ale czasami marudna
- Bardzo doceniona
- Wniebowzięta za sprawą cudownych przyjaciół
Czyli JA - Natalia, Natka,Nati,Nacia,Natalka,Natusia,Noel i Czarodziejka w jednym.
:****
- Stara dziewiętnastolatka
- Dalej wózkowiczka
- Osoba bardzo szczęśliwa
- Ale czasami marudna
- Bardzo doceniona
- Wniebowzięta za sprawą cudownych przyjaciół
Czyli JA - Natalia, Natka,Nati,Nacia,Natalka,Natusia,Noel i Czarodziejka w jednym.
:****
środa, 26 września 2012
Cieszmy się z małych rzeczy- 26 lipca 2012
Godzina siódma dwadzieścia. Śpię przykryta kołdrą. Nagle drzwi otwierają się. Mama wpuszcza do pokoju małego.
Oho - Myślę sobie. - No to pospane...
Mały podchodzi do mnie. Na widok leżącej cioci wydaje z siebie pomruk, po czym zaczyna klepać mnie po głowie. Chociaż w środku chichocze wciąż zachowuje kamienną twarz. Udaje, że śpię nadal badając reakcje Igora.
- Eeeej! - Wydziera się mały do mojego ucha. No cóż. Wygrał. Podnoszę najpierw jedną ociężałą powiekę, a potem drugą. Igor podstawia mi pod nos tubkę... kremu do rąk.
- Co się stało? - Pytam.
- Daaaa - Mówi mały pokazując paluszkiem na moją rękę. Przez moment próbuje się domyśleć o co mu właściwie chodzi. Iguś widząc brak reakcji z mojej strony jak na niecierpliwą duszyczkę przystało zaczyna się irytować.
- Daaa! - Powtarza.
- Ale chłopcze? Co ty kurcze chcesz??- Młody natychmiast podnosi decybele swojego głosiku. I jak nie puści wiązanki!
- A mamamamamabababbababaamamamaa daaa! - Buźka zaczyna mu się wykrzywiać w podkówkę i znów pokazuje na moją rękę ciągnąc ją w swoją stronę.
Nagle zaczynam rozumieć. Podaje mu dłoń. Mały natychmiast się uspokaja. Otwiera tubkę z kremem po czym wlewa prawie całą jej zawartość na moją rękę i rozcierając ją po mojej ręce. Po skończonej robocie, gdy niemal cała jestem już w tym kremie uśmiechnięty zamyka tubkę.
- No. Zadowolony?- Pytam go.
- Ta. - Odpowiada Igor z rozbrajającym uśmiechem i wybiega z mojej sypialni.
Aha.
Oho - Myślę sobie. - No to pospane...
Mały podchodzi do mnie. Na widok leżącej cioci wydaje z siebie pomruk, po czym zaczyna klepać mnie po głowie. Chociaż w środku chichocze wciąż zachowuje kamienną twarz. Udaje, że śpię nadal badając reakcje Igora.
- Eeeej! - Wydziera się mały do mojego ucha. No cóż. Wygrał. Podnoszę najpierw jedną ociężałą powiekę, a potem drugą. Igor podstawia mi pod nos tubkę... kremu do rąk.
- Co się stało? - Pytam.
- Daaaa - Mówi mały pokazując paluszkiem na moją rękę. Przez moment próbuje się domyśleć o co mu właściwie chodzi. Iguś widząc brak reakcji z mojej strony jak na niecierpliwą duszyczkę przystało zaczyna się irytować.
- Daaa! - Powtarza.
- Ale chłopcze? Co ty kurcze chcesz??- Młody natychmiast podnosi decybele swojego głosiku. I jak nie puści wiązanki!
- A mamamamamabababbababaamamamaa daaa! - Buźka zaczyna mu się wykrzywiać w podkówkę i znów pokazuje na moją rękę ciągnąc ją w swoją stronę.
Nagle zaczynam rozumieć. Podaje mu dłoń. Mały natychmiast się uspokaja. Otwiera tubkę z kremem po czym wlewa prawie całą jej zawartość na moją rękę i rozcierając ją po mojej ręce. Po skończonej robocie, gdy niemal cała jestem już w tym kremie uśmiechnięty zamyka tubkę.
- No. Zadowolony?- Pytam go.
- Ta. - Odpowiada Igor z rozbrajającym uśmiechem i wybiega z mojej sypialni.
Aha.
Subskrybuj:
Posty (Atom)