poniedziałek, 15 października 2012

"A po nocy przychodzi dzień,a po burzy spokój..."- 9 listopada 2011


Poszłam dziś do szkoły.
Nadprogramowo, gdyż środy są moim dniem wolnym od szkoły.
Po co?

Napisać zaległy sprawdzian z dwóch epok. Średniowiecza i renesansu.
Jako że sprawdzian odbyć się miał dopiero na ostatniej lekcji, to przez prawie cały dzień (po za małym wyjściem do OREWU) powtarzałam materiał.
Powtarzałam.
Powtarzaałaam.
Wiedza jak na złość ( albo jak zawsze) nie chciała wejść do głowy,
więc jak już wróciłam z ośrodka po godzince przerwy, to potem przestałam nawet zważać na to, czy jest przerwa, czy lekcja.
Kułam praktycznie cztery godziny bez ani sekundy przerwy.
Może to dla kogoś NIC, ale dla mnie (wiecznego lenia, nerwusa i nie wiem czego jeszcze) to jest COŚ!
I naprawdę byłam z siebie dumna.
Niestety sprawdzian poszedł dość...kiepsko gdyż epoki zaczęły nie ubłagalnie mącić się w głowie.
Nie to, ze nie napisałam zupełnie nic, aczkolwiek parę faktów za sprawą stresu całkiem pominęłam i zapomniałam.
No i się zirytowałam.
Do domu wracałam w kiepskim nastroju, zmęczona, wkurzona i zrezygnowana.
Przed domem, gdy już miałam otwierać drzwi wejściowe mama zawołała, bym poszła do ogrodu, gdzie grabiła liście.
Pojechałam.
Przywitał mnie mój rozchichotany siostrzeniec, dumnie aczkolwiek jeszcze nie poradnie kroczący w moją stronę przez trawnik.
Na mój widok zareagował z tak rozkoszną euforią, że aż serce urosło.
Gdy już posiedzieliśmy troszkę gryząc herbatniki, gaworząc i przyglądając się przyrodzie,
Moja mama poinformowała, że o to dziś dostałam przesyłkę z papierami do moich "pracek" na które czekam.
Przeglądając te cudeńka i mając w myślach te niebieskie roześmiane oczka, już wiem, że pewne rzeczy i pewne problemy przy szczęściu jakie mam w życiu jest niczym.
A jutro przyjdzie Madzia!

Hip Hip! Hura! :D

UWAGA! Notka tylko dla ludzi o mocnych nerwach./ Urodzinu/ Podróże małe i duże z rentą w tle. 3 października 2011



Sobota 1.10.2011r:
Moje urodziny minęły mi baaardzo przyjemnie. Około godziny siedemnastej odbyła się kameralna impreza osiemnastkowa z udziałem moich najbliższych przyjaciół. (A. M. T. K. E i K.- Gracias!) Dostałam cudowne prezenty, ale przedewszystkim mam cudowne wspomnienia, które zapadną w mojej pamięci już chyba do końca życia…
Rozstałyśmy się około godziny jedenastej więc można przyjąć że dziewczynom również bardzo się podobało.


Poniedziałek 3.10.2011r:

Niedobudzona próbuje przestawić mózgownice na właściwe tory, a wychodząc z łazienki dwukrotnie sprawdzam szkolną torebkę, tylko po to by uzmysłowić sobie, że przecież do szkoły dziś nie idę.

Ma się dziś odbyć komisja lekarska, dzięki której będe mogła dostać rentę socjalną przysługująca każdemu pełnoletniemu niepełnosprawnemu.

Wsiadam do samochodu, jedziemy z rodzicami. Zakładam jak zwykle mp3 na uszy… Jest spokojnie… Do czasu!

Dojeżdżamy do miasta Kraków. Po drodze mijam tysiące sklepów, szyldów i… plakatów wyborczych.

Hm... - Myślę sobie-Jacy oni piękni, idealni i cudowni na tych plakatach… Wszyscy się kochają, obiecują gruszki na wierzbie, jedni popierają drugich. Do czasu.

Dalszą drogę staram wzrokiem omijać „przesłodzone” plakaty w obawie przed nagłym wzrostem glukozy oraz mdłościami.

Jedziemy dalej. W słuchawkach moja ulubiona religijna piosenka.

Dostaje nastroju wręcz cudownego…Religijny nastrój pryska, gdyż przed oczami wyrasta mi wielki szyld reklamujący Night club, wraz z wypisanymi wielką czcionką wszystkimi opcjami tego lokalu…

O matko jedyna…

Zniesmaczona ściągam słuchawki i dopiero po dłuższej chwili decyduje się je włożyć ponownie…

Niedługo potem mijam przystanek z namalowanym różowym (!) sprayem wyznanie.

MISIO KOCHA ANIĘ!!

Pod spodem niegrzecznie odpisano.

A g**no prawda!!

Se, se, se! Ależ niecodzienny sposób dania kosza…

Stoimy na światłach.Nagle moje oczęta pośród tłumu spieszących sie ludzi wyławiają mężczyzne. Na jego widok robi mi się miekko na sercu…

Mężczyzna naprawde przystojny… Zarost, brązowe oczy. I to nic że ma około trzydzieści lat…

Nagle dołącza do niego kobieta. Prowadzone za ręke jedno dziecko na oko trzy letnie zostaje włożone ojcu na barana, drugie w wózku śliniące sie rozkosznie zostaje również przejęte przez ojca.

Zresztą podobnie jak i torebki z zakupami.

Na oko cztery.

I podobnie jak ośmiopak…papieru taletowego…

Och! - Rozmarzam się - Jak on ją kocha… Zabiera od niej dzieci, zakupy, papiery toaletowe…Musi ją kochać… W dzieciństwie na pewno nosił za nią plecak!

Małżeństwo dało sobie buziaka… Prawie rozpływam się z zazdrości i zachwytu nad tak szczęśliwą parą… Zielone światło. Może to i lepiej…?

Dojeżdżamy na miejsce. Przemiły pan przewozi mnie do budynku specjalną platformą, dzieki której mogę uniknąć „wynoszenia mnie po schodach”.Taka sama platforma zainstalowana jest w mojej szkole. Naprawdę fajne urządzenie.

W budynku kierują nas do odpowiednich pokoi. Czekamy…

Nagle zza moich pleców słysze gaworzenie małego chłopca.

Identyczny głos jak młodszego siostrzeńca. Na oko dziewięciomiesięczne dziecię prowadzone za palce przez mamę ochoczo kieruję sie do mojego wózka.

Ehh, faceci i zamiłowanie motoryzacją.

- Tak synku, dziewczynka ma buuum - Mówi matka uśmiechając sie do mnie.

- Cia…- Zgadza się maleńki.

Patrzę na małego, przez chwilę mierzymy się wzrokiem. Uśmiechamy się do siebie. Po kilku sekundach chłopiec uderza w moje koło z całą mocą w ręke.

- Baa! - Wyraża swą opinie

Taak…Ja też uważam że są lepsze modele…

Chłopiec znudzony pojazdem po chwili znika z mamą za korytarzem, poznając znacznie ciekawsze zakątki.

Czekamy.

Dzięsięć minut.

Piętnaście minut.

Dwadzieścia minut.

Kurde, nie znoszę czekać- Jęcze w duchu.

Pół godziny.

W końcu wyczytują moje nazwisko. Wchodzimy do gabinetu, kobieta pyta mnie i moją rodzicielkę o dowód osobisty.

A to klops.

Mama tłumaczy, że dopiero dziś składamy wniosek.

Lekarka która mnie bada z chłodnym uśmiechem zawiadamia nas, że nie może wejść do systemu nie mając dowodu osobistego.

Mama tłumaczy, że dzwoniła by powiadomić że nie mam jeszcze dokumentu.

Kobieta pyta więc o paszport.

Upss. No i znowu klops.

Grzecznie odpowiadamy, że paszportu nie posiadam. Po prostu. Nie było takiej potrzeby. W końcu najdalsza podróż w życiu odbyłam do Kołobrzegu.

Kobieta uprzejmie informuje, że nie ma szans. Że badanie się dziś nie odbędzie. Wychodzimy z kwitkiem, kierowani do pokoju, gdzie moja mama pisze podanie o zmiane daty komisji. Cała podróż na marne…

Droga powrotna. Znów szukam inspiracji za szybą samochodu. Mijam kolejne budynki, jednak nic ciekawego się nie zdarza…

Nagle przyciskam niechcący zestaw głośno mówiący, który niemile piszczy. Zerkam na ekran.

„Proszę mówić!”-rząda aparat.

No co to kurde?! Przesłuchanie?!

- No jeszcze czego- Warcze

-Do kogo ty mówisz? - Moja mama zaniepokojona odwraca się z przedniego siedzenia i patrzy na mnie.

- Do telefonu… - Odpowiadam zgodnie z prawdą.

Mama patrzy na mnie dziwnie. W celu uniknięcia kobierzyna uśmiecham się przepraszająco.

Moi rodzice informują mnie że musimy przecież zrobić niezbędne zakupy. Lądujemy w jednym z supermarketów.

Wchodzimy, przepuszczam uprzejmie w drzwiach mężczyzne. To nic że jestem na wózku, to nic ze jestem kobietą. Wisi mi to. Mężczyzna nie mówi nawet dziękuje. Obojętnie mija mnie w drzwiach…

Cóż… Zdarza sie.

Przedemną dział SPORT. Zaintrygowana i z lekkim szokiem dostrzegam zamiast stosów piłek czy innych różnych dziwnych przedmiotów…znicze…

Mimowolnie parskam śmiechem.

Cóż! - Tłumaczę sama sobie- Najwyraźniej to nie są zwykłe znicze. Są olimpijskie. Tak… Stanowczo…

Po drodze mijam dwie degustacje. No to się degustuje! Najpierw żurek, następnie jogurt. Nawet zjeść można za darmo! Bomba!

Moja mama idzie w dział ubrania. Tata oddala się w poszukiwaniu jakiejś potrzebnej rzeczy. Ja oddalam się w papierniczy.

Po dłuższej chwili we trójke wybieramy niezbędne artykuły spożywcze, tata płaci. Wychodzimy. Powietrze jest ciepłe, wręcz letnie, dostaje słońcem po oczach. A co mi tam! Jest cudnie!

W drodze powrotnej zmierzamy przez most połozony nad wisłą. Obok pięknej rzeki postawione…wielkie kominy z których wydobywa się nie przyjemny, szary i śmierdzący dym.

Niezła lokalizacja… Nie ma co…

W rodzinnym mieście nie daleko końca podróży jemy obiad w restauracji,wychodze przejedzona i grubsza o kolejny kilogram.

W samochodzie z przejedzenia nie włączam nawet piosenek. Nie mam sił na nic… Do chłodnego, pozbawionego duchoty, miłego domciu wracam z uśmiechem na twarzy…


Home sweet home!

wtorek, 9 października 2012

Czy ja już potrzebuję psychologa??

Gdzieś koło piątej rano. Koło mnie śpi Adrian, którego siostra wychodząc prawie ciemną do pracy podrzuciła nam i Igorka do domu.
Jest jeszcze ciemno.
Wczoraj o tej porze obudziłam się w podłym, płaczliwym nastroju zdając sobie różne, smutne sprawy...
Dziś przypomniało mi się jak siostra opowiadała taką o to historyjkę zasłyszaną w "necie":
Chłopak zmęczony po szkole wchodzi do pokoju. W ręce dzierży komórkę oraz kubek, gorącej, pyszniutkiej herbaty. Chcąc odciążyć sobie rękę postanawia rzucić na łóżko komórkę...
...Zgadnijcie czym rzucił...?
Się rozwyłam...
Ze śmiechu...
:D
Niedługo przyjdzie do mnie pan z kaftanem. 
I zamknie mnie w domku bez klamek.
Z gumowymi ścianami.
Ale cóż. Problemy problemami, a śmiać się trzeba!

Z serii "perełki":
Nalewam małemu herbatki. Z sokiem malinowym bo innej mały nie toleruje.
- Igor? - Zagajam.-Kochasz ciocię?
-Kaaam! - Odpowiada dziecko.
Z wrażenia rozlałam sok.
*kurtyna*


poniedziałek, 8 października 2012

...

To nie są najfajniejsze dni mojego życia...
Pogoda się popsuła...
Na nic nie mam ochoty...
Właśnie sypie się kolejna z moich przyjaźni...
Właśnie dostałam kolejny cios.
Mija właśnie pięć miesięcy siedzenia w domu.
Wiem, że to nie jest depresja. Że mam mały dołek, że to po jakimś czasie minie.
Że przecież to nie pierwszy raz.
Ale niech ktoś mi w końcu powie, gdzie ja idę??

A żeby nie zakończyć całkiem pesymistycznie:
W tamtym tygodniu czternaste urodziny obchodziła młodsza.
Czyli Ola- poprostu :D

Dziecko które:
Spadło z ławy łamiąc ręke.
Ugryzło mnie kiedyś w ramię.
Jest upierdliwe, że hej.
Zna angielski lepiej ode mnie.
Jest uzależnione od muzyki.
I od pewnego zespołu składającego się z pięciu chłopców:D
I znowu jest upierdliwe.
I nie lubi polskiego.
I udaję dyslektyka.
I od kiedy ubrało na nogi obcasy i pomalowało oczy już wcale nie jest dzieckiem.


Sto lat Olson raz jeszcze!
A zdjęcie Olsona wstawię. Może. Jak mi pozwoli. :P

czwartek, 4 października 2012

Chłopakowe dialogi!

Adrian: Ciociu, gdzie idzie ciocia Ola?
Ja zdziwiona: Gdzie idzie?
Adrian: No właśnie nigdzie...


Adrian: Uderzyłem się w kota!!

Ja: Igorku, ile masz lat?
Igor: Tsiy!




A ten mój malutki Aduś, Adzik, Duduś, Adinek maleńki, któremu jeszcze wczoraj śpiewałam "Na Adusia z popielnika" dziś stał się poważnym Adrianem. Uginając się pod wieeelkim tornistrem, zaopatrzony w zeszyty debiutuje jako pierwszak... :)

wtorek, 2 października 2012

Dziewiętnaście

Wczorajszy dzień był... pełen refleksji.
Nie smutny, bo stwierdziłam, że urodzin nie obchodzi się w smutku i wczoraj naprawdę miałam dobry humor, ale długo myślałam.
I o to do jakich wniosków dochodzę! Przez dziewiętnaście lat mojego życia dorobiłam się:

- Trądziku młodzieńczego.
- Trzech rodzai wózka :D
- Własnego pokoju i łazienki
- Bloga
- Znajomości internetowych
- Pięciu wierszy
- Jednego opowiadania
- Przyjaciół. Chociaż tak naprawdę każde urodziny są dla mnie sprawdzianem z przyjaźni. I tak na przykład zostałam obsypana wczoraj życzeniami i telefonami od ludzi, których czasem wręcz o to nie podejrzewałam. Niektórzy zapomnieli. Cóż. Ale chyba bardziej bolało mnie, że osoby, które kiedyś nazywałam przyjaciółmi, do których chodziłam na imprezy, łaziłam z nimi na spacer, piłam herbatę, śmiałam się do rozpuku i bawiłam w dzieciństwie zdobyły się jedynie na krótkie "sto lat". I... Tak. Niektóre z tych osób mają mój numer telefonu. I wiedzą gdzie mieszkam. I nie chodzi tu o obsypywanie mnie prezentami. Znacznie bardziej ucieszyłaby mnie ich pamięć i spacer. Albo herbata... A może przesadzam. Sama nie wiem.
- Ukończenia trzech szkół.
- Nie ukończenia matury :P
- Pożal się Boże - renty
- Adrianka i Igorka
- Tosinków, Ewki, Beatki i Elki. - Tego też nie muszę. Najfajniejsi ludzie pod słońcem. Dla nich tak naprawdę nigdy nie liczyło się to, że jestem niepełnosprawna. Ot obeszło je to. W taki sposób traktują mnie tylko moi najwięksi przyjaciele:* i oni się do nich zaliczają.  Bez wątpliwie.
- Pierwszego wyjazdu na wakacje:)
- Znajomości nowego języka.
-Dwóch hobby. Od sióstr na urodziny dostałam zestaw startowy do decoupage. I cardmaking czyli ręczne robienie kartek.
- Miłości do książek.
- Miłości do muzyki.
- W ogóle miłości. :))
- Naprawdę fajnej rodziny
- Garści wspomnień
I reasumując to było fajne dziewiętnaście lat.
I moje ostatnie "naste" urodziny zaliczone o.O

poniedziałek, 1 października 2012

Tu byłam ja

Czyli:
- Stara dziewiętnastolatka
- Dalej wózkowiczka
- Osoba bardzo szczęśliwa
- Ale czasami marudna
- Bardzo doceniona
- Wniebowzięta za sprawą cudownych przyjaciół
Czyli JA - Natalia, Natka,Nati,Nacia,Natalka,Natusia,Noel i Czarodziejka w jednym.

:****

środa, 26 września 2012

Cieszmy się z małych rzeczy- 26 lipca 2012

Godzina siódma dwadzieścia. Śpię przykryta kołdrą. Nagle drzwi otwierają się. Mama wpuszcza do pokoju małego.
Oho - Myślę sobie. - No to pospane...
Mały podchodzi do mnie. Na widok leżącej cioci wydaje z siebie pomruk, po czym zaczyna klepać mnie po głowie. Chociaż w środku chichocze wciąż zachowuje kamienną twarz. Udaje, że śpię nadal badając reakcje Igora.
- Eeeej! - Wydziera się mały do mojego ucha. No cóż. Wygrał. Podnoszę najpierw jedną ociężałą powiekę, a potem drugą. Igor podstawia mi pod nos tubkę... kremu do rąk.
- Co się stało? - Pytam.
- Daaaa - Mówi mały pokazując paluszkiem na moją rękę. Przez moment próbuje się domyśleć o co mu właściwie chodzi. Iguś widząc brak reakcji z mojej strony jak na niecierpliwą duszyczkę przystało zaczyna się irytować.
- Daaa! - Powtarza.
- Ale chłopcze? Co ty kurcze chcesz??-  Młody natychmiast podnosi decybele swojego głosiku. I jak nie puści wiązanki!
- A mamamamamabababbababaamamamaa daaa! - Buźka zaczyna mu się wykrzywiać w podkówkę i znów pokazuje na moją rękę ciągnąc ją w swoją stronę.
Nagle zaczynam rozumieć. Podaje mu dłoń. Mały natychmiast się uspokaja. Otwiera tubkę z kremem po czym wlewa prawie całą jej zawartość na moją rękę i rozcierając ją po mojej ręce. Po skończonej robocie, gdy niemal cała jestem już w tym kremie uśmiechnięty zamyka tubkę.
- No. Zadowolony?- Pytam go.
- Ta. - Odpowiada Igor z rozbrajającym uśmiechem i wybiega z mojej sypialni.



Aha.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Pionizujemy się

Czasem wszystko się rozwali w jednej chwili.
Znacie to?
Jeszcze kilka dni temu byłam przekonana, że za tydzień znów zaczynam edukację.
I nagle jeden telefon i już wiesz, że nie.
Że jak zwykle  chodzi o jedno: Dojazd, kasa.
Jako pełnoletnia osoba mam już o siebie dbać sama to i gmina nie ma już obowiązku by dowozić mnie do szkoły.
W pierwszej chwili iskra nadziei. 
A może internat?
A potem emocje opadły i popatrzyłam na to z innej sprawy.
Spędzę dwa dni w domu, cztery dni z dala.
A ja tak wcale nie chcę.
Zwłaszcza, że wyjazd na warsztaty tak blisko.
I co? Wrócę stamtąd zmęczona, posiedzę dwa dni i znowu seperacja od rodziny??
Bezsensu.
A może to jednak ja jestem taka słaba?
Może przesadzam?
W każdym razie naprawdę nie obchodzi mnie co sobie kto pomyśli.
A skoro nie internat to już nic.
A ja nie zamierzam przed nikim się płaszczyć, by owy dojazd załatwić.
Bo nie lubię litośći.
Nie to nie.
Pewnego dnia wszystko się odmieni.
I pokażę innym, że mogłam.
Bez niczyjej pomocy.
A narazie?
Narazie jakoś doszłam do równowagi i stabilizacji. Już mi lepiej i zaczynam planować najbliższe życie bez edukacji.
Ale czy całkiem?
Przecież uczę się hiszpańskiego. 
Mam rodzinę, Igora z którym się nie będe nudzić napewno :))
I plan B.
Ale o nim narazie cicho sza...
Trzymać kciuki. 

piątek, 24 sierpnia 2012

Versatile blogger

Mogłabym napisać w tej notce jak jest mi źle.
Jak jestem wściekła.
Na wszystko chociaż nie daje tego po sobie poznać.
Na biurokrację.
Na marzenia, które legły mi w gruzach.
Na to że w moim życiu wszystko sprowadza się do mojego wózka, do braku kasy, do pierdzielonej biurokracji.
I na to, że te moje marzenia zawsze są takie... Niedobrane do realii.
Mogłabym.
Ale ja nie chcę.
Jestem zmęczona tym wszystkim, nie mam na to sił. Więc nie napiszę...


Ale za to u Tosinków dostałam zaproszenie do kolejnej zabawy blogowej :))

A moim zadaniem na dziś jest napisanie siedmiu rzeczy, które o mnie nie wiecie.
I tu mam jak Martusia problem, bo wiecie o mnie dużo.
No ale się postaram.
Więc:

1. Mam dziwną obsesję. Co jakiś czas przychodzi na mnie mania oglądania różnych dziwnych materiałów nt. katastrof. I tak przechodziłam już fazę: Titanica, Smoleńska,katastrofy samolotu w którym zginęła Anna Jantar, zawalenia się Hali MTK,a ostatnio po przypadkowym obejrzeniu filmu fabularnego o World Trade Center, a potem przez dwa dni oglądałam dokumenty, czytałam różne blogi, artykuły tylko o tej treści.  Swego czasu oglądałam też filmy nt. burz, huraganów i trąb powietrznych. Pomimo, że bardzo się ich boję i w każdej chmurze widziałam  zbliżające się tornado. Sama się nakręcałam i dalej oglądałam. (To chyba coś na kształt tego twojego holokaustu, co nie Marta?) :/ Często też oglądam materiały z dnia śmierci papieża, ale tylko po to żeby sobie przypomnieć jak cudowną osobę utraciliśmy.

2. Najtrudniejszym czasem mojego życia były klasy: czwarta, piąta i szósta, podczas której zaliczyłam fascynację serialem, co było obiektem kpin i żartów innych, bo ze mną faktycznie nie było innego tematu. Od tego czasu mam uraz i o swoich upodobaniach muzycznych i filmowych opowiadam mało komu. Robię to po to, by uniknąć krytyki ze strony innych, bo sprawia mi to ból. Poprostu. A potęguje to fakt, że ja sama nigdy raczej w podobny sposób nie postąpiłam... No. Chyba że na żarty z siostrą.

3. Najbardziej w życiu żałuję... przerwanej i krótkiej "karierki" muzycznej. Od siódmego roku życia śpiewałam na różnych przeglądach. Potem mój głos zaczął rosnąć, zmieniać się a ja zaliczyłam kilka wpadek na występach co skutecznie zniechęciło mnie do dalszego pokazywania się. Dziś śpiewam tylko dla siebie i wyrzucam sobie, że przez te lata mogłam ćwiczyć dalej. A nuż moje niepowodzenia, to tylko wina niewyćwiczonej przepony? W każdym razie nigdy nie ziściło się moje marzenie o wystąpieniu w "Zaczarowanej Piosence" o którym tak marzyłam i od tego czasu tego nie oglądam. Bo nie mogę i już.

4. Gdy byłam mała bawiłam się z sąsiadami obok domu ich babci. W pewnej chwili tuż koło tzw. korytek z boku ulicy nachyliłam się (potrafię nachylać się by sięgnąć czegoś na podłodze) po kamień i... Trach. Wózek przeważył się pod tym ciężarem poprzez wjechanie niezabezpieczonego kółka do korytka a ja się nim nakryłam. Dzięki Bogu byłam przypięta pasami i nic mi się nie stało. :))

5. Odkąd jako około 4 letnia dziewczynka obejrzałam video z komuni mojej siostry niecierpliwie czekałam na dzień mojej pierwszej komuni. W końcu to się stało. 26 maja 2002 roku zebrała się cała moja najbliższa rodzina. Razem z innymi dziećmi przyjęłam do swojego serca Jezusa i to był niewątpliwie najpiękniejszy dzień mojego życia.

6. Dzieci uwielbiam od zawsze. A konkretniej od narodzin mojej młodszej o pięć lat siostry.  Pamiętam, że pochłonął mnie świat butelek, kaszek, pozytywek, nocniczków, karuzelek i  oraz pampersów, który mogłam oglądać w gazetach, które miała moja mama. Potem sześć lat później narodził się mój siostrzeniec, a ja znów byłam wniebowzięta :)) I uwierzcie, że w bardzo młodziutkim wieku już posiadałam wiedzę (konkretną!) nt. porodu  i pielęgnacji dzieci :)) Do dziś gdy mam tylko ku temu okazję to pochłaniam książki, fora i gazety o tematyce dziecięcej. Kocham też oglądać akcesoria dziecięce. Od smoczków po wózki. 
A co więcej? Wcale się tego nie wstydzę :)

7. Książki kocham od zawsze. Nauczyłam się czytać w wieku pięciu lat. Gdy miałam niespełna cztery lata nauczyłam się na pamięć książeczek, które czytała mi moja mama przed snem. W końcu wiedziałam nawet, które partie tekstu znajdują się na danej stronie. Dlatego moja rodzina robiła innym psikusy i każdy kto do nas zaszedł myślał, że już sobie czytuje sama. :)) Nauczyłam się natomiast czytając artykuły w gazetach. Do dziś ten kto chce mnie uszczęśliwić może mi kupić książkę, albo gazetę. Albo coś z artykułów papierniczych. Mniam! :)

Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam :))

środa, 22 sierpnia 2012

Dawne czasy...

Oglądamy dziś z Adrianem "Dzieci z Bullerbyn" nagle mały mówi:
- Oni są chyba w kościele...
- Nie - Tłumaczę-Oni są w szkole i mają lekcje muzyki.
- To jest szkoła?!-Dziwi się.
- Noo. Dawniej były takie szkoły, inaczej to wyglądało. Nie było komputerów, radia, pani musiała dzieciom na fortepianie grać...
- Rany Boskie! - Krzyknął Adrian z nieskrywanym szokiem...
A potem był jeszcze szok związany z brakiem traktora, kombajna, kosiarki, samochodu, telewizora, oraz telefonu...
Młodemu Bullerbyn na dzień dzisiejszy się nie spodobało...
Ach to technicznie pokolenie! ^^

wtorek, 14 sierpnia 2012

Moje "chłopy

Jeden niedługo będzie ode mnie wyższy ( i ja nie mówię tu o pozycji siedzącej!)
Drugi już coraz wyższy.
Starszy gada jak najęty (chyba po mnie- geny na skos albo co... xD)
Drugi NARESZCIE wchodzi w fazę powtarzania po każdym jak papużka
Z tym starszym to czasem dre koty, bo oboje mamy silne charaktery.
Młodszy charakterek jeszcze piłuję, ale już widzę, że w życiu to on sobie poradzi :D
To są właśnie Adrian i Igor.
Czasami jest ciężko, bo chłopaki jak to chłopaki broją.
Ale jak sobie wyobrażę, że od 7 września przez DZIESIĘĆ DNI nie ujrzę ani jednego ani drugiego to wyć się chce.
Zwłaszcza, że Igor nauczył się właśnie przytulać do cioci.
Stoje na środku pokoju i wołam "Igorek! Tulimy!" a on rozkłada ręce i leci mi wprost do rąk. Prawdą jest jednak, że... długo tam nie siedzi. :P
I przychodzi do mnie, gdy czegoś się boi, albo gdy mu smutno, żeby go przytulić.
Albo każe sobie całować w uderzone miejsce.
I rozdaje buziaki.
I pcha mi się na kolana. I tak sobie siedzimy.
I do tego jeszcze przegapię dziesięć dni, podczas których Adrian będzie debiutował w roli pierwszoklasisty.
Już czuje, że będe za nimi wyć.
I najchętniej zabrałabym ich ze sobą.
No dobra... najchętniej to wzięłabym całą rodzine, wszystkich znajomych łącznie z Tosinkami moimi i z Beatką i Julcią i Ewcią i Elcią...
Co ja zrobię bez wszystkich sama w tym Krakowie?
A może ja to za bardzo przeżywam?
No nic.
Pozostaje mi przytulać się z Igusiem na zapas. :)) A to to ja luubię!
Mirrorku kochany :D nie kuś mnie tymi powidłami! Odchudzam się! Nie wolno!
<Mruczy Natalia chowając za plecami talerzyk.> :D
Oj tam. Podobno pizza to warzywo. :P

czwartek, 9 sierpnia 2012

Łatwo wam powiedzieć...

Ubiegły tydzień nie zakończył się dla mnie szczęśliwie.
W piątek tuż po przyjściu z wieczornego spaceru z siostrą i kumpelą poczułam się niespodziewanie źle. Bolała mnie głowa.
Wcześniej tego samego dnia miałam to samo.
Wtedy najpierw natarłam sobie "Amolem" skronie, potem wypiłam trochę wraz z herbatą.
Ale nic nie pomagało. A do tego roztrzęsły mi się ręce i zaczęłam się poważnie zastanawiać co mi się właściwie dzieje? :/
Po chwili jednak wchodząc do kuchni zdałam sobię sprawę, że nie jadłam obiadu... Od takie zapomnianko:P
Więc mamusia odgrzała mi pyszny strogonov. Po zjedzeniu zrobiło mi się lepiej.
Aż do godziny 20 kiedy ból znów się pojawił, a ja upewniłąm się, że nie jestem głodna.
Do tego było mi zimno. Ale co tam! Poszłam do łóżka, nakryłam się kołdrą i było mi tak cieplutko i błogo, że o godzinie 22 już sobie smacznie spałam. 
A uwierzcie mi... to do mnie wcale nie podobne :P
Obudziłam się około godziny drugiej. Nadal z bolącą głową, cała mokra od potu i zgrzana. Gdy zamykałam oczy czułam nieznośne pieczenie. Poczekałam pół godziny, poleżałam.
I jak mnie nagle nerka zaczęła boleć!
Mama podała mi lek na zbicie gorączki, coś przeciwbólowego i znów zasnęłam. 
Rano poza standardowym brakiem apetytu (zawsze tak mam po i w czasie gorączki) nie było mi nic. I już myślałam, że mi przeszło. Niestety. Przeliczyłam się, bo o godzinie jedenastej gorączka i ból nerki znów sie powtórzyły.
Najpierw tak się trzepałam z zimna, że wnet zleciałabym z wózka, a potem było mi znów gorąco. 30 stopniowy upał na zewnątrz nie pomagał mi wcale.
W końcu mama wygoniła mnie do wyrka (podczas choroby zazwyczaj robię się marudna i robię wszystko byle by nie leżeć :P ) i zadecydowała, że czas odwiedzić przychodnię całodobową.
Poczekałam na siostrę, która wróciła z pracy i pojechałyśmy.
A tam kolejne rozczarowanie. Przyjął mnie młody doktor. Spytał się mnie co mi jest, popukał mi w nerki i spytał mojej mamy (!) co ma mi dać...
No więc moja mama odpowiada, że co jakiś czas łapie takie infekcje, że to jest przy moim schorzeniu normalne i, że w takiej sytuacji zazwyczaj zapisywano mi Biseptol.
Lekarz spytał o temperaturę, stwierdził, że biseptol jest za słaby, że lepiej przepiszę Cipronex.
Mama mu na to, że w porządku.
On mamie na to że jak chce to może przepisać biseptol.
A mama mu na to, żeby przepisał mi coś co mi pomoże.
A on znowu mamie na to że jak chce...
Moja mama popatrzyła na mnie. Ja na moją mamę. A lekarz na nas.
W końcu moja mama zadecydowała- bierzemy ten Cipronex.
Lekarz wypisał receptę i powiedział grzeczne "to wszystko" na co obydwie zareagowałysmy lekkim szokiem. 
Nie wyciągnął nawet słuchawek, nie sprawdził mi gardła, nie zmierzył temperatury.
Bo skoro my mu mówimy, że czasami łapie infekcje, to przecież nie będzie z nami polemizował.
Odpierniczyłyśmy za niego kawał roboty :P.
Następnego dnia gorączka minęła bezpowrotnie i czułam się już bardzo dobrze, poza bolącym gardłem, które paliło mnie tak strasznie, że znów nie mogłam nic jeść:/ wmusiłam w siebie jedynie trochę rosołu. Nic więcej. Dzięki Bogu, że odnalazłam w lekarstwach jakieś septolete do ssania. No i possałam. I przeszło.
Na szczęście. Drugiej takiej wizyty u lekarza bym chyba nie zdzierżyła.
A potem nastał poniedziałek, kiedy to z samego rana mama powiadomiła mnie, że moja młodsza siostra też ma temperaturę. 
I też skończyły u lekarza.
Na szczęście u rodzinnego, o wiele lepszego i który po badaniu zdiagnozował u niej nalot na migdałkach.
I teraz mam dylemat.
Bo przecież doktor wcale nie zajrzał mi do gardła, a ono na drugi dzień bolało jak diabli. Ale z drugiej strony bolała mnie nerka...
I właściwie to nie wiem do dziś. Na co ja właściwie chorowałam? Nerki? To czemu gardło bolało?
No i w końcu, od kogoś siostra musiała się tym zarazić, a to ze mną w sobotę przyszło dzielić jej sypialnie.
Oszaleć można. :P
Za to przedwczoraj co by się odchamić już całkiem zdrowa poszłam sobie na zakupy.
Siostry i mama przeczuwając, że będę marudzić po prostu zostawiły mnie na godzinę w królestwie książek- czyt Empiku a same poszły na ciuszki. :D

czwartek, 15 grudnia 2011

Bajka...

Dawno temu, w pewnej małej miejscowości,
ku uciesze tabunu cioć, wujków,dziadków,starszego brata i rodziców,
na świat przyszedł mały chłopiec.
Od początku swojego życia był on słodkim, 
grzeczniutkim bobaskiem z mądrymi niebieskimi oczkami.
Część jego rodziny (Np. zmotoryzowana ciocia Natalia) nie mogła zobaczyć go od razu,
bo dzidziuś gdy miał niespełna paręnaście godzin został zabrany od zmartwionej mamusi i umieszczony w mało atrakcyjnym, pustym łóżeczku,
 z dala od cycusia i ciepełka mamuni, 
z powodu katarku, który był pozostałością, po dostaniu się do jego płucek płynu owodniowego, który uniemożliwiał spokojny oddech.
Później jednak dzięki Bogu wszystko potoczyło się dobrze, wrócił do mamy, 
a po tygodniu poznała go już CALUTKA rodzina, 
która oszalała na jego punkcie.
I tak rósł, piękniał, nabierał nowych umiejętności 
i wciąż jest jedną z najważniejszych osób w moim sercu.


Igorku. 

Za chwilę pewnie tu wparujesz wraz z Adrianem, po którego to poszedłeś do przedszkola i wasze głosiki zapełnią calusieńki dom.
Jak będziesz starszy, to ciocia Natalia da ci przeczytać swoje wypociny blogowe i dowiesz się, że Twoje pojawienie się na świecie, było cudownym przeżyciem, dokładnie tak samo ważne jak to którego zaznałam także sześć lat wcześniej, gdy urodził się Adrianek.
I chcę żebyś wiedział, że jesteś cudownym lekiem na całe to zło, które czasem mnie dotyka i twój uśmiech jest dla mnie witaminą, od której się uzależniłam.
Dziękuje Ci za to, że jesteś i że wybaczasz mi to że nie mogę Cię swobodnie wziąć na ręce, powozić w wózku, albo po prostu pobiegać z tobą po ogrodzie. 
W twoim wielkim dniu jakim jest ukończenie pierwszego roku życia chcę Ci powiedzieć, że... bardzo Cię kocham. Po prostu.
Sto lat Miniusiu:*

wtorek, 22 listopada 2011

Es hora de ... invierno!/ Disculpa.



Nie byłam na spacerze od trzech tygodni.
Ręce zimne mam prawie cały czas. ( Od kółek wózka, a jakże?)
Smakuje mi już tylko gorąca herbata.
Media zaczynają "ubierać się świątecznie"
A w pogodzie zapowiadają śnieg.
A ja?
Nadal boleje nad brakiem zimówek. (Kto zna ten wie :P)
A to oznacza tylko jedno...
Bo o to nadchodzi ona...
Biała,mroźna,długa,
osiemnasta zima mojego życia.



PS Z miejsca chcę przeprosić Martusię, której dziś nieświadoma swego haniebnego czynu "wykrakałam" pobudkę jej dwóch uroczych synów :D. 

Natomiast co do twej drugiej odpowiedzi Martuś, to zadziwiam Cię po prostu bo... ja jestem dziwna z natury :D po prostu. 


PS2 Przepraszam także moją młodszą siostrę znaną niektórym jako Olę, za to że w tamtym tygodniu nie widząc jej osoby i będąc zaoferowana innymi sprawami prawie zmiażdżyłam ją drzwiami mojej własnej łazienki. 

Perdoname. :D



Miałaś rację Marto. Wiedźma. Wiedźma jakich mało :D

Strach się bać!


Adios:***

piątek, 11 listopada 2011

Jak nie urok to... szyja.




Wczoraj wieczorem położyłam się spać, pomimo wolnego, oraz zaplanowanego maratonu i filmowego.
Co prawda wcześniej strasznie kleiły mi się oczy, ale nie mogłam zasnąć. 
Przewracając się na drugi bok po raz kolejny, poczułam w szyi lewy dotkliwy ból.
Po lewej stronie, tuż pod uchem.
Na początku pomyślałam, że to świnka, zapewne za sprawą czytanego wcześniej po raz n-ty "Kwiatu kalafiora" (kto zna, ten wie).
Jako że jestem hipochondryczką (niczym Ida Borejko :D) przez następną godzinę sprawdzałam się by sprawdzić czy aby nie puchnę.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. 
Dziś rano wstałam i zdałam sobie sprawę, że opuchlizny ani śladu, za to ból jeszcze gorszy niż wczoraj.
I szybko przypomniałam sobie jak wczoraj z narzuconym byle jak polarem dwukrotnie przemierzałam dziedziniec szkolny, mimo czterech stopni, a także wczorajsze, poranne słowa mojej Mamy : "Weź sobie ubierz szalik, bo cie zawieje."
Nie ubrałam.
Zawiało.
A gdybym tylko posłuchała innych, to dziś nie śmierdziałabym "Amolem" 
(chociaż Madzi akurat by nie przeszkadzał? xD) nie miałabym ograniczonego skrętu szyją i poszłabym na scholę.
I moje plany wzięły w łeb.
Kiedy ja w końcu dorosnę?
Niech mnie ktoś przytuli. :(

niedziela, 30 października 2011

Wielka mała stopa idzie sobie w świat

Chodzi.

Tak po prostu chodzi!

Mój mały siostrzeniec.

Moja perełka która jeszcze niedawno nie potrafiła sama siedzieć.

Która dopiero od paru tygodni raczkowała.

Igor jako prawie jedenastomiesięczny chłopiec rozwija się w zastraszającym tępie.

Nie jest to jeszcze chód stabilny, nóżki się chwieją a po mniej więcej dziesięciu krokach młody "klap" na pupę i koniec podróży.

Ale przecież jeszcze wczoraj tych kroków było zaledwie...trzy.

Cieszę się jak wariatka.

CHODZI!

sobota, 1 października 2011

Jak szybko mija życie, jak szybko mija czas...

Od dnia gdy postanowiłam „przyjść” na świat mija dziś lat osiemnaście.
Tym samym ogłaszam państwu czytającym, a przede wszystkim samej sobie
(bo nie dociera to do mnie jeszcze…)
iż od dnia dzisiejszego jestem osobą PEŁNOLETNIĄ.
Mija moje osiemnaście lat.
Osiemnaście lat naprawdę fajnego a zarazem bardzo szalonego życia.
Przez te wszystkie lata zdobyłam prawdziwych i niezastąpionych przyjaciół,
dwukrotnie zostałam ciocią,płakałam, śmiałam się, zdobywałam kolejne sukcesy,
porażki i nabierałam różnych doświadczeń,
ale też szlifowałam swój baardzo trudny charakterek jakim obdarzył mnie ten na górze…
I choć czasem bywało ciężko to dziś wcale nie żałuję żadnej z sekund mojego życia.
Bo nawet jeżeli czasem bywało, gdy wielokrotnie cierpiałam,
lub wkurzałam się na moje odmienne życie, chorobę, ograniczenia,
to dzisiaj już wiem, że nie zamieniłabym swojego życia za nic w świecie…










PS Ale jak by ktoś pytał to ja nadal mam dziesięć lat… 

wtorek, 20 września 2011

Pędzimy

Na podwórku od paru dni leje deszcz, a nawet nie deszcz, tylko przenikliwie zimna mżawa…

Życie pędzi mi tak szybko że ledwo daje radę ogarnąc, który to dzień mam w kalendarzu.
Ostatnio przeszłam badania związane z kontrolą moich kamieni nerkowych.
Zadomowiły się na dobre,
więc się nie poddaje i bezwzględnie wyganiam je czystą, mineralną, pyszną(fuj ) wodą…
Jedna z moich nerek po raz kolejny przy USG zrobiła psikusa i
by ją znajść biedna pani doktor musiała jej szukać dobre dwadzieścia minut!
Wynika to z „innego” niż u zdrowego człowieka układu moczowego.
Po prostu.
Mojej nerce się nie podoba tam gdzie powinna być!
Chodzą też spekulacje jakoby po prostu lubiła się w zabawach w chowanego.
No to nic. Niech sie chowa. 
Oddając dziś deklarację maturalną poczułam się niewyobrażalnie stara…
Nie ma już człowieka, który spotykając mnie pyta przedewszystkim
co zrobie po ukończeniu szkoły ze swoim życiem…
Ostatnio odbyłam poważną rozmowę na ten temat pewną bardzo bliską mi osobą, która wszczepiwszy we mnie trochę nadziei zmotywowała mnie do pewnej weryfikacji planów.
Tak więc stanę do matury, potem bez względu na wynik pójdę na studium terapi zajęciowej, ewentualnie poprawię wynik egzaminów.
Ewentualnie, bo na studium wcale nie trzeba matury mieć.
I jeżeli drugi raz mi sie nie powiedzie, to będę kontynuować studium.
I może pewnego pięknego dnia zrobie sie na tyle dojrzała, wyciszona, zmotywowana i inteligentna by zdać?
Może za dwa lata, za pięć?
A może nigdy?
Tylko ten na górze to wie…
Reszta moich planów zostanie zaś bez zmian, mówiąc tu o spełnianiu swych przyjemności,
oddaniu sie hobby, pielęgnowaniu życia rodzinnego i towarzyskiego.
Mówiąc krótko:zwykłej Natusiowej egzystencji.
Tak więc we wrześniu przyszłego roku planuje wyjazd na turnus rehabilitacyjny z jedną z przyjaciółek.
Termin już zaklepany i nie mogę się doczekać!

piątek, 8 lipca 2011

Z serii:Rozmowy poranne



Wczesny ranek, kuchnia. Adrian patrzy na mnie uważnie…

Adek: Ciociu… Masz krostkę…
Ja: Tak wiem… A może ty zostań Dermatologiem…
Adek: A ja będę farmerem!
Ja:Uhm 
Adek: Ale przecież mogę być i tym i tym.
Ja: W sumie…
Adek: To będę dermatologiem i farmerem.
Ja: I co przepiszesz cioci na krostki?
Adek: Nie wiem… Tabletkę! I syrop.
Ja: A jak nie pomoże…?
Adek: To ja ci sam zrobię taki syrop… Magiczny… Bo ja bedę też magikiem

A jak to nie pomoże to proponujemy do pieca, na trzy zdrowaśki…