Ja wiem, wiem. Każdy tak mówi. Wraca z tego urlopu i gada "tak mi zleciało, że nie wiem kiedy". Nic nowego. Ale osobiście, w tym roku odczułam to wyjątkowo. Bo dosłownie: Położyłam się spać, na dzień przed pierwszym dniem. A potem hukło, buchło i zagrała pobudka... do pracy
Dwa tygodnie zleciało. A ja je gdzieś przegapiłam...
Urlop zaczęłam już w piątek, 14 sierpnia, w tym roku odbierając dzień wolny za święto przypadające w niedzielę, co przedłużyło mi wolne. Zaczęłam z hukiem.
Zahuczała mianowicie więc jedna, ostała szara komórka. Zapukała mi w czoło i rzecze: Syf masz w pokoju! Do sprzątania.
Była dość stanowcza, a ja wyjątkowo uległa. Wzięłam więc szmatkę w dłoń, posprzątałam zbędne pierdoły, ułożyłam mniej i bardziej ważne bibeloty na swoim miejscu.
Ładny ten mój pokój, taki minimalistyczny. - Pomyślałam zszokowana widząc efekt końcowy.
Trochę mi się przypomniało, że przed rokiem, przy remoncie stawiłam na styl minimalistyczno-skandynawski, a nie total-rozpierducho-nie-wiadomo-co.
Owa sytuacja wywołałą zamieszanie, mózg zarejestrował ten nagły zryw jako przejaw dorosłości i odpowiedzialności. Z wrażenia zaczął mi się przekłuwać ząb mądrości. I tak się przekłuwał, zabierając mi sen, spokój, poczucie humoru, oraz apetyt. boląc jak sto diabłów. Na szczęście w miarę czasu i sytuacji zabrałam się za robienie kartek, zaczęłam przyjmować gości. Pokój wrócił do dawnego stanu, ząb mądrości machnął z lekceważeniem nerwem: Ech, wrócę za rok... Może wtedy się uda...?
I tak leciało. Dzień za dniem, noc za nocą. Pierwszy tydzień był moją totalną dezorientacją. Dziwnie tak było... Spać do kiedy się chce, robić co się chce.
Zegarki, zawsze nastawione by przypominać o obowiązkach nagle zamilknęły (A mam ich jedynie dwajścia pięć). Bujałam się tak w tym nicnierobieniu od soboty ażdo środy.
A potem nagle stwierdziłam, że przecież trzeba coś robić, nie? No to nadrobiłam pięćdziesiąt odcinków MjakMiłości. Takiego (typowego dla mojej skromnej osoby ;) ) odmóżdżenia było mi trzeba. ;)
Po drodze była wizyta Milki i Oskiego u dziadków. Kilka WSPANIAŁYCH spotkań, wyjazd w rodzinne strony, dużo pyszności, wizyta w bibliotece.
I tylko zaplanowane do oglądnięcia filmy (No przecież się nie rozdwoję, kto ma niby pilnować Mroczkowi żony?) i książki oraz gazety leżały nieruszane. To jednak nadrabiam obecnie, jako ulubioną formę spędzania czasu po pracy.
Nie ruszyłam także zaległych notek bloga. Powoli oswajam się z myślą, że robotę wykonam nie wtedy, gdy zaplanuje, tylko wtedy gdy mi się zachce. :P
Finał tego czasu był wyjątkowy.
Ostatni dzień urlopu spędziłam na jednej z ważniejszych imprez. Igorecki przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej, która z wiadomych przyczyn odbyła się kilka miesięcy później.
Wciąż jeszcze pamiętam notkę, którą pisałam w miejscu tym samym co obecnie. Dziesięć lat temu. Zmieniła się sceneria. Zmienił się Igor. Z pyskującego pod nosem dzidziusia leżącego w wózku, zamienił się w coraz wyższego, mądrzejszego i poważniejszego czwartoklasistę.
Sama komunia była piękną uroczystością. Z racji trwającej pandemii postanowiłam zostać na dziedzińcu kościoła, gdzie panował o wiele mniejszy tłok. Młodego widziałam, więc tylko gdy stał z grupką dzieci. Ze śpiewem na ustach weszli do kościoła. Potem, dzięki przyzwoitemu nagłośnieniu mogłam uczestniczyć w mszy i wyraźnie usłyszałam JEGO głos, recytujący dość długi tekst. Udało mi się nie rozszlochać, dzięki wyćwiczonej technice głębokiego oddychania ;). Jednak na samo wspomnienie, do teraz czuję w gardle wieelką gulę.
A potem wróciliśmy do domu i świętowaliśmy. Igor pobiegł z kuzynostwem dokazywać w pokoju i... tyle delikwentów widziałam ;)
Młodzież, co zrobisz? Nic nie zrobisz? - Westchnęłam więc. I zżarłam pół stołu. Za zdrowie gwiazdy tego popołudnia! Niech Ten Na Górze zawsze ma go zawsze na oku...
I tu nastąpił koniec. Wróciła codzienność, rytuały. Z tamtego okresu pozostały jednak zdjęcia.
Sytuacja wymagała, by ją "obżreć"
Pełna witamin, dobrych życzeń i ciepłych myśli.
Za sprawą dobrych ludzi i cudownego czasu...
Spacerek, cisza i stare dziwne drzewo. <3 Wielbię.









Wielkie gratki dla Igora! Mam nadzieje, ze pomimo cholernej pandemii, moje Potwory za rok tez jakos do tej Komunii przystapia. ;)
OdpowiedzUsuńUsmialam sie z opisu sprzatania pokoju! Bo ja tak samo, przy urzadzaniu domu stawiam na styl bardzo minimalistyczny, a potem do tego domu wpada... zycie (czyli czworo ludu, w tym dwoje energicznych dzieciakow + siersciuch) i robi sie takie wlasnie rozpierducho - niewiadomo co. :D
Artystyczny rozpierdziel 😃
Usuń