czwartek, 26 września 2013

Igotkowe dialogi i Adriankowe sukcesy

Ku pamięci(bo pamięć mam dobrą, tylko krótką.):
_________________
-Igor? Co tam?
-Jeje!
-Leje!?
-Tak!
___________
-Jak było w przedszkolu?
-Bobzie...
-A co było na obiad?
-Bupa
-Zupa?
-Yhy
-Z czym ta zupa??
-Z am!
-Z makaronem może? A były ziemniaki? |
-Tak
-A kompot był?
-Ne, kok.
-Sok? A nie kompot?
-Ne, kok.
-Aha i wypiłeś?
-Ne.
-Przecież lubisz sok... To może jednak był kompot?
-Ne. Ata*

*Ata-Herbata
_____________
Igor szuka brata:
-Gdzie dudu adi?! Nie ma dudu Adi!!
______________
Na widok łóżeczka turystycznego (obecnie Milenki)
-O! LILI!*
*Lili-Mili
____________
-A z kim się bawiłeś?
-Z Ajuś.
-Ajuś? Hm... z Olusiem?
-Ne.
-Z Piotrusiem?
-Ne.
-Z Arturem?
-Ne
Wyszukuje chwile w głowie po czym przypominam sobie:
-Z Amadeuszem?
-TAK! AJUŚ
:))
________________
Igor dziś rano do ubierającej go mamy
-Ciekaj Misiu...


A Adrian za to był na basenie wczoraj- ze szkołą i:
-Ciociu, umiem już zamoczyć łeb!
No szacun :))))


A już w sobotę... chrzcimy Milenkę :))

sobota, 21 września 2013

No nie umiem, no!

A czego?
Trzymać języka za zębami...
I emocji. Bo w chwili, gdy kilka rzeczy ma szansę się zmienić, to trudno jest milczeć.
I nie mam zamiaru...
 Na początku po prostu nie chciałam zapeszać, ale czego tu zapeszać.
Teraz nie zapeszę! Bo zrobię wszystko, by się udało!
A o co chodzi?

Otóż pojawiła się szansa. Obóz na którym byłam ma swoją kontynuację jako staż. Staż, który miałabym zacząć już niebawem... Trzymiesięczny.
Pikanterii dodaje fakt, że miejscem, w którym miałabym"stażować"  to... biblioteka. :))
Ta sama, do której uczęszczam jako wolontariusz!!
Dla mnie bomba!!! Kocham to miejsce, tych ludzich, ten klimat!
Więc, gdy dyrektor biblioteki napisał do mnie, że się uda dostałam euforii. Nieprawdopodobnej euforii...
Euforii, którą szybko zastąpiły obawy...
Okej. Jest staż. Są pieniądze. Może się udać...
Ale... DOWÓZ.
No i padł na mnie blady strach...
Bo skoro gmina mi nie udostępniła dowozu bym mogła się uczyć, to niby czemu ma mi go udostępnić na staż?
No więc była histeria.
Potem krótka rozmowa z Anetką (:* dziękuje...), która uświadomiła mi jedno-Cokolwiek się stanie nie zostanę z tym sama...
Bo może się uda? Przecież nawet w urzędach siedzą po prostu ludzie. Ludzie z sercami.
I chyba czas zacząć bardziej ufać ludziom? Bogu? Sobie?
Przecież nic nie jest przekreślone.
Są szanse.
I są cudowni ludzie. Moja rodzina, moi przyjaciele.
Gotowi mi pomóc, wesprzeć.
Wozić nawet, gdyby się nie udało z gminą!
I choć jestem raczej typem osoby czarnowidzącej, choć mam jakieś obawy, to tym razem mam  też w sobie jakąś wiarę i siłę.
Przecież nie mogę przegapić szansy wyjścia z domu, do ludzi. 
I tym razem się uda.

Bo ja pójdę na ten staż ! Choćby nie wiem co...
...Prawda...?

czwartek, 19 września 2013

Igotkowe dialogi

Chodzi do przedszkola już prawie miesiąc.
A ja już wiem, że to cudowny pomysł.
Igor od kilku tygodni przechodzi jakiś skok rozwojowy.
Nie nadążam zapamiętywać jego słówek, bo produkuje je non stop.
I cóż tu zrobić? Należy pisać na bieżąco, notować, zapamiętywać...
I słuchać...
I słuchać...
A słuchać go to już tylko sama radość... :))


-------------
-Igor?-Zagaduje małego dzisiejszego wieczoru-Co się mówi do Bozi??
-"Amem"
Istotnie.
;))



PS Od dziś ważą sie moje losy... Moje być albo nie być... Nie powiem o co chodzi. Tym razem zapeszyć nie mogę. I już.
Wiedzą tylko nieliczni... I Wy niedługo się dowiecie... Mam nadzieję, że będą to same dobre wiadomości...
A tymczasem... trzymajcie kciuki?

wtorek, 17 września 2013

No bo miało być tak...

Plan był! A jakże!

8:00 Pobudka.
9:00-11:00 Komputer.
12:00-13:00-Kartki
13:00-14:00-Hiszpański
14:00-15:00-Leżenie +czytanie
I tak dalej....
I tak dalej...

Bo na obozie stwierdziłam, że skoro Iguś poszedł do przedszkola, to ja muszę mieć usystematyzowany dzień.
I że muszę się obudzić wcześniej, bo jak będe wstawać o równej godzinie, to będę się trzymać ściśle planu...

Więc rozpisałam sobie na tip top dzień.
Pobudka na ósmą.
Ale mama pojechała do miasta.
Położyła obok wózek, cobym sama sobie weszła. Wsio przygotowane.
I jeszcze słyszałam jak wychodzi... Nie popatrzyłam która to godzina. Obiecałam sobie, że zaraz wstanę...
I na chwilę zamknęłam oczy...
Odpłynęłam.
No przecież zaledwie na pięć minut!!!
I wstałam.
Jak wróciła mama.
Na zegarku 10:40
Spałam nadprogramowe 2 godziny!
O *&$#@!
Ożesz psiakrew!!

I co? I co? wystarczyło tylko nastawić budzik! A teraz dzień ucieknie mi szybko... Za szybko.
Nastąpiła całkowita zmiana planów, przeorganizowanie, przemeblowanie...
Ble! Nie znoszę!

Dobrze, że jutro biblioteka... Przynajmniej wstanę o ludzkiej godzinie ;))


PS A  wczoraj okazało się, że w hotelu na obozie została ładowarka. Jak to dobrze, że koleżanka znalazła i odesłała... I powiedzcie? czy ja kiedyś zmądrzeje?!



PS 2 To mój sto osiemdziesiąty (łącznie z obydwoma wcześniejszymi blogami) post... :))

niedziela, 15 września 2013

Obóz aktywizacji zawodowej 8-15 Września.-Dziennik



Ciekawe kto dobrnie do końca? ;))

Pamiętnik z warsztatu:



Dzień pierwszy:
     Przyjechałam o jedenastej w południe. Najbardziej cieszył mnie fakt, że pożegnałam się z chłopcami! Co było bardzo trudne. Wiadome jest, że pożegnania są najtrudniejsze, ale obiecałam sobie, że nie pęknę.
      Ośrodek jest tym samym, co przed rokiem. Znajome tereny podtrzymują mnie na duchu, czuje się tu mniej obco. Czekałam godzinę, aż wszyscy dojadą czytając w tym czasie ebooka na komórce.
     Potem obiadek, oficjalne przedstawienie uczestników i kadry i testy sprawnościowe. Tu musiałam chwilę poczekać, ponieważ były drobne problemy z moim aktywnym wózkiem. Testy przeszłam dostatecznie. Potem przy wracaniu z hali do ośrodka zapomniałam, jaki mój wózek jest wywrotny i... rympsłam jak długa!! Na szczęście nie był to jakiś groźny upadek, a jedynie fikołek do tyłu i na strachu się skończyło.
     W hotelu odpoczynek po obiedzie, przeczytałam trochę książki. Potem oficjalne przedstawienie. Okazało się, że z osiemnastu ludzi tylko czworo porusza się na wózkach. Reszta miała inne schorzenia.
     A potem kolacja i... Spacer.
      SPACER?! Jezus! Takiego wycisku nie dostałam cholera już dawno!! Klęłam, pociłam się, ciskałam gromami, ale przejechałam naprawdę dłuuuugi, pół godzinny maraton!! Ponoć dałam radę i byłam naprawdę dzielna!!
    A teraz spać...

Dzień drugi:
    Wiecie? Wśród obozowiczów, przed rokiem panowała terminologia psychologiczna- "Kryzys dnia drugiego". A ja? Cóż... Jestem tego podręcznikowym przykładem... Za mną cholernie trudny dzień.
     Za mną naprawdę ciężki dzień. Płakać się chciało jak cholera! Nie myślcie, że chce wracać. To znaczy chce! Ale w niedzielę-jak każdy! Chce dać radę i uwierzyć w to, że wytrzymam! Jest mi tu bardzo dobrze! Wszyscy tutaj są wspaniali, każdy chętny wesprzeć w każdej sytuacji, doradzić, pogadać... Czuje się przy nich bezpieczna i lubiana. Ale tęsknota za domem jest silna... Brakuje mi chłopców, własnego pokoju...
     Brakuje mi moich przyjaciół, bloga, mojego kubka kawy, psa...Najchętniej po prostu zabrałabym ze sobą pięć autokarów ludzi... By byli ze mną w te dni. Ale nie mogę. Teraz jestem tutaj... I dam radę! Każdy by dał, więc czemu nie ja?
     Dzisiejsze zajęcia bardzo ciekawe i sympatyczne!
     Najpierw zajęcia z coachingu - czyli wykładom, które miały nas zmotywować do spełniania swoich celów. Bardzo fajna sprawa!
     A potem czas na... relaks! Joga okazała się strzałem w dziesiątkę!! Porozciągałam się, poleżałam na mega wygodnym materacu i zrelaksowałam się... Zatrzymałam... Odpłynęłam...
      I zajęcia kondycyjne. Odprężające, ale wymagające sporego wysiłku :)
     Następnie mecz piłki toczonej. Zostałam kapitanką jednej z drużyn-która zresztą okazała się drużyną wygraną. :)
     Dwuminutowy telefon do domu, kolacja i... maseczki!
Zuza (:*) jedna z naszych kadrowiczek przygotowała nam owocową ucztę dla naszej skóry. Podczas przygotowywania maseczek nie jednemu ciekła ślinka!
     A potem kąpanko i spanie. :) Mam tu jak w raju i mimo tęsknoty nie żałuję, że tu jestem...

Dzień trzeci:
     Dzień bardzo intensywny. Z rana moja grupa miała zajęcia basenowe. Ja ze względów zdrowotnych do domu nie wchodziłam, dlatego podążyłam na... Siłownię! Na miejscu standardowa rozgrzewka, dwa kółka wokół sali gimnastycznej. W siłowni ćwiczenia na gumie thera band oraz obciążnikami na dłonie. (Kilogram każdy!!) z Marcinem i Karoliną (:*)
     Po wszystkim przyszedł czas na zajęcia z asertywności! Bardzo fajna sprawa!! Pozwoliła nam spojrzeć na siebie z innej strony i przestać bać się wyrażać własne zdanie!!
Następnie obiadek, godzina leżenia i... pierwsze zajęcia z doradcą zawodowym! Prowadząca to fajna kobieta mająca naprawdę oryginalne i ciekawe pomysły! Zwieńczeniem całego dnia była ciekawa pogadanka nt. sportu.
     A ja muszę pochwalić samą siebie, gdyż dziś nie pozwoliłam sobie na łzy mimo naprawdę ciężkich momentów. Nie jest lekko. Coraz bardziej tęsknie za chłopcami, za Milusią... Jutro środa. Ktoś bardzo mądry powiedział mi kiedyś, że "środa minie, tydzień zginie" :))  A do tego stuknie Nam równiutka połowa obozu.
     Dam radę?
     No nie mam wyjścia...


Dzień czwarty:
     Dziś bardzo długa sesja z doradcą zawodowym. A potem technika jazdy. Na technice zostałam pochwalona. Moim zadaniem było nauczenie się balansu, (czyli po prostu postawienie wózka na dwóch tylnych kołach.). Pociłam się, męczyłam i... pomimo, że z asekuracją powoli zaczynam łapać, o co w tym chodzi. Gdy skończyły się zajęcia przeszliśmy do góry z hali, do pomieszczenia z bilardem i ping pongiem. Na miejscu zademonstrowałam swoje umiejętności. (Nadal z asekuracją) balansowałam prawie minutę i zebrałam gromkie brawa.
Aż się zarumieniłam ;)))
     Jestem tu cztery dni. Czas dłuży się niemiłosiernie.. Wybita z rytmu dnia nie bawię się z chłopcami, nie robię kartek, nie piszę. Nie żyję jak wcześniej i zaczynam powoli tęsknić do starego rytmu zmian. Ot-zmiany są nie dla mnie… Jedyne, czego nie mogę to się poddać i wrócić do domu. Nie teraz. Niedziela już niedaleko.
     Dam radę. Chyba.

Dzień piąty:
     Dziś Dwie sesję z doradcą zawodowym trwające kilka godzin. Pod sam koniec moja aktywność zaczęła maleć i musiałam się sporo namęczyć, by móc wysłuchać wykład do końca. Sam wykład był oczywiście świetny! Po prostu ja nie mogę robić czegoś zbyt długo, bo mój umysł zaczyna się męczyć i tracę kontrolę. Ziewam, wiercę się, jestem niespokojna. Mam to od zawsze… Cholerne ograniczenie, którego nie znoszę…
     Potem moja grupa miała jazdę na hand bike, czyli specjalnych rowerkach dla osób niepełnosprawnych ruchowo. Ja słynąca z mojego baardzo niskiego wzrostu okazałam się za mała jak na pojazd (szkoda, że tylko wzrostem, bo cholera rosnę wszerz…, ) ale pojechałam sobie na wózku i poćwiczyłam ręce! J
     A reszta śmigała jak oszalała :D
     Potem bardzo, bardzo bardzo fajne zajęcia z motywacji i technika jazdy. Pokonywanie przeszkód jest cholernie trudne. A dodać do tego mojego cykora… Kompletna katastrofa…  Ale! Koniec końców dałam radę! Wszystko powoli… Na spokojnie…

Dzień szósty:
     Za nami ostatnie już zajęcia. Zleciało jak cholera!! Wierzyć się nie chce!!
     Od rana miałam ostatnie już zajęcia z doradztwa zawodowego. Na tapetę poszło CV, a nasza doradczyni włączyła nam fragmenty seriali „Rodzinka pl” oraz „Ja to mam szczęście” z wybranymi scenami na temat poszukiwania pracy. Było mnóstwo śmiechu! Super uzupełnienie zajęć!!
Potem technika jazdy. Gdy już sobie poćwiczyliśmy przyszedł czas na relaks-rzucanie lotkami i gra w kosza. Kupa śmiechu i zabawy J)
Potem nasz kolega z grupy Damian, studiujący psychologię poprowadził wykłady na temat naszych praw… Dowiedzieliśmy się trochę o dziedziczeniu, czy o rencie… Bardzo potrzebna sprawa!
I to były już ostatnie zajęcia… Jutro testy sprawnościowe i moc atrakcji na ten ostatni dzień… Pojutrze będę w domu… Wierzyć się nie chce…



Dzień siódmy:
     Ostatni dzień. Testy sprawnościowe (takie jak te na początku.) Zaliczyłam je z wynikiem dość zadowalającym. Najbardziej męczące bo ćwiczenie, podczas którego przez sześć minut(!) musieliśmy bez chwili wytchnienia (!!) robić slalomy wokół dwóch rozstawionych butelek. Ostatnim razem było to jedenaście okrążeń. Dziś dobrnęłam piętnastu.
     Więc jak dla mnie bomba. Potem krótki wypoczynek, obiad i… wyjazd do kina!! Zdecydowaliśmy się podzielić na grupy. Do wyboru było coś z fantasy oraz film o powstaniu warszawskim. I nie wiem co właściwie podkusiło mnie do pójścia na fantasy? Film był… Nie w moim typie. Ale wielkie, naprawdę wielkie ukłony dla grafików. Obrazy demonów były tak rażące, że większość filmu spędziłam patrząc w podłogę. Mając dobrą pamięć fotograficzną, gdyby któreś z demonów niespodziewanie przypomniałoby mi się w nocy to… Hm… Zawał na miejscu :P
     Powrót z kina. Przebieramy się. Z pomocą Zuzy i Małgosi, które to z prawdziwą perfekcją wykonały mi bardzo ładny makijaż i fryzurkę. Na imprezie rozdanie dyplomów, żarełko, rozmowy. Spokój i luz…
     Wyszłam grubo po dwunastej. Obecnie jest prawie druga w nocy. A ja właśnie się ukąpałam i powieki same opadają. No koniec! Czas spać.
     Jutro o tej porze będę w domu…

Dzień ósmy- ostatni:
     Obudziłam się w wyśmienitym humorze. Wygrałam! Dałam radę! Przetrwałam! Było cholernie ciężko.
Po toalecie i pakowaniu zeszłam na dół by zjeść śniadanie. Ale jakoś nie miałam ochoty jeść, więc jedynie uraczyłam się soczkiem jabłkowym. Jeszcze w trakcie gdy byłam na jadalni okazało się że rodzice już są.
     Pożegnanie. Ścisk gardeł. Obietnice utrzymywania kontaktów… Powrót do domu.
     W domu powitanie z  Igusiem i Adusiem. Boże, jak mi tych małych wariatów brakowało! Dostali od cioci dyszkę  J) . Igorek zaskoczył planami. Za pieniążki od cioci kupił sobie „kok bubuś” ;) (czyt sok Kubuś ;)) Potem odwiedziła Nas  Milena. Nasze kociątko jest już coraz większe i coraz piękniejsze. Oczy niebieskie i wielkie, włoski mięciutkie. Pachnąca oliwką… Jest cudowna. Wszyscy troje są..



Kochani… A teraz składam podziękowania. Wam wszystkim którzy tak wspierali mnie podczas tego niełatwego dla mnie tygodnia.

A ja wracam powoli do siebie… Mam przy sobie rodzinę, swój pokój, swoje karteluszki, mój blog, moich przyjaciół i te wspomnienia… A to znaczy, że mam wszystko… 

A kuku!!

Jestem.
Przeżyłam.
Tęskniłam jak cholera!
Niedługo dziennik obozowy ;))

sobota, 7 września 2013

...Spakowana...

I przygotowana.
Mogę jechać.
I chce.
Ale najchętniej bym wzięła całą rodzine ze sobą.
Uff, właściwie, to czuje, że emocjonalna pępowina przecięta nie została.
A powinna. Dwadzieścia lat to nie przelewki.
Czas dorosnąć i spiąć tyłek.
Pojadę, przeżyje. Rok temu też przeżyłam, nawet dwa dni dłużej niż to będzie teraz.
No nie??
A tymczasem... Do przyszłej niedzieli jestem tylko pod komórką :))
Trzymajcie kciuki i już tęsknie!! :*

środa, 28 sierpnia 2013

Dziesięć dni do godziny "zero"

...A konkretniej do drugiego już obozu. Za chwilę koniec lenistwa-ide wypełniać papiery, trzeba wysłać i... czekać. Nie będzie mnie tydzień. Ale biorę komórkę. I notes żeby móc wam wszystko streścić :)

Rok. Dwanaście miesięcy. Niby dawno a... niedawno... Wszystko jest świeże. I wciąż czuje dotyk drewna łuku, dźwięk otwieranych hotelowych drzwi. Wszystko pamietam- strach przed wodą, smak tych niezapomnianych śniadań, tęsknota za bliskimi, muzykę w ten ostatni wieczór, zmęczenie, radość z pokonywania siebie...

I nie wiem co inni myślą... Ja wiem, że ten wyjazd dał mi dużo. Bardzo dużo. Bo odkąd z tamtąd wróciłam akceptuje siebie.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzieje się, oj dzieje

Kochani! Na wstępie dziękuje za pytania. Niektóre z nich się powielały i zmuszona byłam je usunąć, odpowiedzieć na nie tłumnie. Na razie jest ich zaledwie 10 dlatego proszę o pytanie w dalszych ciągu :-D. Mam nadzieję uzbierać ich dużo. Za półtora miesiąca mija rok tutaj. :-)

Tamten tydzień był pracowity. Chłopcy, biblioteka, kartka, spotkania, zaległości książkowe. ( Nawet JA je mam :-)) 



Jednym ze spotkań było spotkanie z Anetką. Nasz mini zlot blogowy. Była kupa śmiechu, urocze kociaki Anetki, kupa pyszności i marzenia :-). A w trakcie spotkania zadzwoniła Martunia. Nie mogłyśmy się nagadać. 


Cudownie było cię usłyszeć matko numer cztery :-*

Dzisiaj przyjechał do mnie pan ankieter.
Poproszono mnie o wypełnienie ankiety nt mojej oceny gminy. Oj tak ! Miałam tu do gadania! Walka o dowóz, brak stowarzyszenia dla osób niepełnosprawnych i ich rodzin czy problemy z dowozem. Pan bardzo miły i konkretny. Oczywiście zgodnie z prawdą powiedziałam też że ludzie z gminy są dla mnie bardzo mili. Że obecnemu burmistrzowi zawdzięczamy bardzo bardzo wiele. I że obydwie- Ja i moja mama wierzymy że moje problemy są przejściowe i wkrótce jakoś się rozwiążą. I tak ma być :-)


A potem zabrałam się za sprzątanie w pracowni karteczkowej. Mój " majątek" w ostatnim czasie trochę się poszerzył i konieczne było przeniesienie do dwóch pudełek :-)


Jutro w planach dwie kartki. Wcześniej jednak jadę do biblioteki gdzie uczestniczę jako wolontariusz w zajęciach ekologicznych dla dzieci. Aa potem rozmowa rekrutacyjna do szlachetnej paczki. W tym roku będę mieć więcej obowiązków.
I wiecie co? Fajnie mi z tym :-) :-)

czwartek, 22 sierpnia 2013

Notka ku pokrzepieniu serc...

... A właściwie serca. Mojego.
Bo wczoraj zaliczyłam doła. Megaśnego.
Albowiem postanowiłam zajrzeć w kalendarz.
Wielkimi krokami zbliża się wrzesień.
Ola w szkole, Adek w szkole, Igor w przedszkolu, znajomi na studiach, a ja... W domu.
No i niewiele trzeba było bym zaczęła się sama do siebie roztkliwiać nad swym podłym losem rencistki, co nią jeszcze tak do końca nie jestem (no bo przecież wiecie, w każdej chwili może mi się chorowanko odwidzieć i mogę sobie wstać i iść w cholerę. No nie powiem-optymiści z tych urzędasków ;))
Bo jak to tak?
Każdy pójdzie gdzieś, a ja w domu zalęgne?
I będe nudzić.
Marudzić.
Ględzić...

Aż w końcu ktoś napisał do mnie wiadomość na fejsie, zajęta odpisywaniem zapomniałam o rozpaczy.
No i w końcu spojrzałam trzeźwo.
Moją przyszłością kieruje moje nastawienie.
Jeśli się nastawie pesymistycznie to nic nie pójdzie.
Więc wzięłam oddech i zaczęłam wyliczać, że:
  1. Do wymarzonej szkoły znów nie poszłam. Ale tak sobie postanowiłam że pójdę. Nie teraz, to nawet za dziesięć lat. Wywalczę to, wydre, wykłócę. Wygrali bitwę a ja wygram wojne. I dostane dowóz.
  2. Jak mi się będzie nudzić, to przecież mam blog. I Was. I kartki co wiecznie odłogiem. I dekupaż co go nie robiłam w tym roku prawie wcale. (A fe Noelko, a fe!)
  3. Igor idzie do przedszkola, ale przecież nie będzie tam 24 godziny na dobe, popołudnia są nasze!
  4. Ola ma egzamin gimnazjalny i coś czuje, że będę jej korepetytorką od polskiego.  A ona mnie dla odmiany matmy i nie będę się wstydzić, że wie lepiej ode mnie!
  5. Drugi tydzień września będzie poza domem, a tam nie będę sie uczyć.
  6. Wolontariat w bibliotece.
  7. I w szlachetnej paczce (od wczoraj jestem zgłoszona już oficjalnie, czeka mnie jeszcze rozmowa :))
  8. Beatka ma gg.
  9. Mamuśka ma komórkę.
  10. Anetka ma fejsa.
  11. Kumpele jadą na studia ale przecież telefon posiadamy. A nawet skejpa.
  12. A w ogóle to inteligentni się nie nudzą! Czyż nie?
Taa, tak więc jak mnie złapię dół to sobie przeczytam te punkty. A w najgorszym przypadku napisze na ścianie.
Cokolwiek. Byle się nie dać.


...Ciekawe ile potrwa ten mój bojowo-optymistyczny nastrój, hę? ;)


Odezwa:
Drdzy moi! W październiku blogowi memu stuknie rok. Z tej okazji bardzo bym chciała odpowiedzieć Wam na pytania które chcecie mi zadać. Mało tego chciałabym (ach te Noelowe zachcianki) by to była okrągła setka pytań. Dlatego od dziś możecie tu w komentarzach, lub w aplikacji po lewo zadawać mi pytania. Odpowiem (postaram się odpowiedzieć) na każde. No... może z wyjątkiem "Ile miałam chłopaków", ze wstydu. Bo nie miałam żadnego :P

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

W skrocie.

  1. Dobrze że jestem dziś w bibliotece, bo inaczej bym pewnie się zbierała z notką jakieś dwa tygodnie. A zamiast tego dostaniecie notkę punktówkę. (nowy nurt literatury sasasasa ;))
  2. U mnie dobrze i dużo się dzieje.
  3. Milenka jest śliczna.
  4. Igor rozgadany.
  5. Adrian drugoklasista.
  6. Ola na słowo "szkoła" idzie mnie bić.
  7. Dziś wybywam do Anetki.
  8. Za trzy tygodnie obóz.
  9. Ostatnio moje nogi robią mnie w konia i straszą jakimiś plamami, czy odleżynami. Phi. Niech te plamki sobie spadają na drzewo. Przez nie mama mi kazała polegiwać. A ja nie lubię!
  10. Idą upały...
  11. Więc jak już mówiłam-jestem w bibliotece, ale nie robię nic.
  12. Starzeje się może?
  13. A nie! Przepraszam! Zepsułam komputer.
  14. A potem naprawiłam.
  15. Bo wiecie, że jak się przyciśnie ctrl i strzałkę to ekran robi fikołka?
  16. No serio. Zróbcie taki myk. Fajnie można komuś zrobić żarcik.
  17. Akurat mnie to doprowadziło do zawału.
  18. Za to mój komputer wczoraj naprawiłam. Cytuje tatę "Śmiga jak nowy!" :D:D:D
  19. No dobra.... Jakby nie szwagier i jego pouczenie, że dysk należy fragmentować to by był jaki jest. No. To pamiętajcie! Defragmentujcie dyski!
  20. ...Dobra. Czas zakończyć notkę. Zaczyna mnie przerastać.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

...Aż nowe nadeszło !

Moja siostrzenica już jest! 3950 i 59cm
A ja... 
Cóż mogę powiedzieć! 
Bardzo, bardzo szczęśliwa:)

piątek, 9 sierpnia 2013

No i tego...

Jak sobie już pochorowałam, to postanowiłam jechać do biblioteki.
Po dwóch tygodniach.
Mimo kumulacyjnego upału (38 stopni-jak Babcię kocham.) wstałam w dobrym humorze.
Leki, piciu, pakowanko książek, słuchawki w dłoń.
I chłopcy machający mi gdy już byłam w samochodzie.
A potem już na miejscu poszłam do ukochanej kawiarni. (No dobra, dobra. Bo tylko do niej chodzę właściwie...)
No i sobie kupiłam lody i colę (tak, wiem, że strasznie to pożywne i light ;))

A potem już biblioteka.
Posprzątałam książki i zabawki w dziale dziecięcym.
Pouzupełniałam zapasy kartek (dzieci rysują jak oszalałe i mam zamiar coś z tych rysunków wyczarować-wystawka? Zależy co pozwolą.)

Potem układałam kartoteki alfabetycznie.
Potem poprawiłam  bo zrobiłam to źle.
Posłuchałam chwile muzyki.
Poszukałam sobie sześć książek.
I zliczyłam głosy na jeden konkurs.

Ani się obejrzeć jak minęło te siedem godzin.
Ciągle się coś działo. A jak się nie działo to zagadywałam kogo popadnie.
Wiecie? Bo ze mną jest tak, że ja nie umiem cicho siedzieć.
(No wyjątek stanowiła wizyta u Beaty, kiedy dziewczyny gadały a ja milczałam. Z zachwytu nad swym losem. :)))
No. A efektem moich starań jest fakt, że od dziś nie jestem tylko czytelniczką.
Od dziś jestem tam:





No :))
 A wczoraj klepnęli termin. Już na sto procent.
Od ósmego września do piętnastego dostępna będę tylko pod telefonem, albowiem... Znów jadę na obóz :)

środa, 7 sierpnia 2013

Nowego początki

Głowa nie boli. Szyja nie boli. Gardło też nie boli. 


Moge w końcu żyć. Mogę jeść, mogę pić. Mogę śpiewać. Mogę też zdychać na upale. Tak jak teraz.
A przede wszystkim mogę już powiedzieć- Pokonałam to cholerstwo i jestem zdrowa !!



Teraz po czasie leków, termometrow, jekow i stekow przyszedł czas na nowy okres mojego życia. 
I tak sobie czekam podekscytowana. Podskakuje przy kazdym dzwonku i jestem tak podekscytowana że nie umiem o niczym innym myśleć. Już niedługo zostanę ciocia po raz trzeci.
Prawda że cudownie? :-)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Meldujem

    Że żyjem.
    A do notki zabieram się od dwóch dni a natchnienia nie było i nie ma.
    No trudno. To dziś będzie beznatchnieniowo.
    No więc sobie chorowałam.
    Całe trzy dni.
    Najpierw w piątek po nieprzespanej nocy nie docierały do mnie żadnej sygnały. Bolało mnie wszystko. Gorączki nie było, więc pożegnałam się z chorobą i poszłam nawet do kumpeli...
    
...I nie słusznie. Po upalnej sobocie wypełnionej opieką nad rozgadanym, demonicznym Igotkiem czuje się dziwnie. Boli głowa, kark, oczy. Mama mówi, że jestem rozpalona. A ja jej na to, że wcale nie. Idę w zaparte. Nie dopuszczam do siebie tego co nieuniknione. Przyjeżdża Kasia i szwagier od razu zauważa, że jestem czerwona. Wtedy już nie mam się z kim kłócić, bo czuje się padnięta. Termometr pokazuje 38, 8 stopni.No i się zaczyna. Okład, syrop na zbicie gorączki. I moje sklinanie całego świata za niesprawiedliwość.Bo jak to jest? W zimę chorowałam raz. I to jeden dzień. A jak przyszło lato i mogę używać życia, to jestem prawie konająca. Siostra ucieka się do szantażu-mówi że albo zdrowieje, albo mi dziecka nie pokaże. Śmiejemy się, bo mimo wysokiej temperatury mam szampański humor. I wilczy apetyt. Po syropie znika wszystko. Nawet trwający już kilka dni ból gardła.Noc przesypiam calusieńką.
     
W niedzielny poranek budzi mnie wycie syren strażackich. Dopiero potem dowiaduje się, że w moim mieście miał miejsce wypadek-utopił się mój rówieśnik. Nie znałam go co prawda ale smutek jest... Jak zawsze gdy ktoś odchodzi. A zwłaszcza gdy odchodzi zbyt wcześnie.
Dzień mija mi spokojnie radośnie. Co prawda gardło nadal boli, ale w końcu mogę odkaszleć to co zalega w moich drogach oddechowych.
    
 Teraz gardło powoli przestaje boleć. Po choróbsku zostały tylko niemiłe wspomnienia i kaszel. Mam jednak nadzieje szybko się z nim rozprawić. Oby.
W czwartek planuje jechać do biblioteki i tym razem dołoże starań by tak się stało.
W końcu ile można siedzieć w domu i się obijać?;) ja mogę co najwyżej tydzień. A potem robię się nieznośna ;)))


Kochani! Dziękuje wszystkim za ciepłe słowa, życzenia powrotu do zdrowia, pamięć! I w ogóle za wszystko :*

piątek, 2 sierpnia 2013

"Boli mnie głowa i nie mogę spać..."

Wiecie, że świt ma kolor żółty?
Nie? To już wiecie.
Ja się dowiedziałam, albowiem dziś przeżyłam jedną z najgorszych nocy- bezsenną.
Na początku okej. Co prawda miałam lekki stan podgorączkowy. I gardło bolało tak umiarkowanie.
A że pierwszą chorobową noc przespałam to nie miałam złych przeczuć.
...O matko! Co to była za gehenna!
Nie miałam gorączki, bo czoło chłodne, a mimo to lało się ze mnie jak cholera!!
Spocona byłam dosłownie jak mysz przy porodzie!! :-/
A moje gardło... to było straszne! Nie mogłam nawet oddychać, tak bolało.
Nie wołałam mamy, bo ssanie tabletki czy płukanie szałwią gardzioła było ponad moje siły. W ogóle wszystko było ponad moje siły.

Wiecie... nie jestem grzeczna. Czasem sobie przeklnę, czasem ponarzekam, kogoś powkurzam, na odcisk nadepnę. W każdym razie dzisiejsza noc była chyba odpokutowaniem wszelkich grzechów jakie popełniłam.
Łącznie spałam trzy godziny. A raczej trwałam w pół śnie, bo byle co zrywało mnie.
A jak już spałam (pół spałam! :P) to... śniło mi się, że byłam w domku nad jeziorem. Razem z sektą biorącą narkotyki. Mieliśmy różne porywające przygody!!
Normalnie materiał na książkę...
...Ale nie martwcie się, wszystko pozapominałam!
:P



Obecnie nie gorączkuje, ale nie cieszę się, bo licho nie śpi.
Gardło na razie boli tylko ciut. No i mam nadzieję, że dzisiejszą noc prześpię więcej niż trzy godzinki...
I to bez sekt w tle ;)

środa, 31 lipca 2013

Tsa...


No nie mogło być. 
Nie mogło być że ja sobie na moją nerkę ochy i achy.
Bo moja nerka rzadko kiedy jest taka jak powinna.
...A że ją pochwaliłam to postanowiła mi wywinąć numer.
I dziś poczułam się źle. Gorąco jakoś nie było a ja jakoś czerwona i poty cisnę. Na termometrze 37,8. Na wszelki wypadek karze mierzyć Oli.
37 a nastrój nie chorobowy
No to sobie myślę: Iii upał jest, to dlatego.
Aż do wieczora gdy zaczęła mnie boleć dynka.
38 kruca fuks!!! 
Rok temu o tej porze było to samo...
A ja nienawidzę chorować :-(:-(:-(
Ale co ja mam do gadania? Mogę tylko leżeć i się lekami żywić.
Auuuuu!!!
... A żeby nie było całkiem pesymistycznie: 
Leże sobie i zdycham na okoliczność wyżej wspomnianą. I nagle wlatuje Igor


-Taja! Itaj!!

... Witaj kochanie :-D

czwartek, 25 lipca 2013

Noel vs. Nerki 1:0

Drogi pamiętniku:PP
Dziś rano musiałam wstać o szóstej godzinie.Fakt ten nie  przeszedł obok mnie ot tak. Bo ja nienawidzę wstawać, tak samo jak zasypiać... I to jest problem. Sam sen jest niczego sobie ;))
No więc wstałam, popsioczyłam trochę na swój ciężki żywot osoby zmotoryzowanej i... Wybyłam.
Na USG.Szukać nerek. (super gra, mówię wam-Emocje jak na grzybach.)
Jako, że byłam ostatnia w kolejce to dodatkowo zirytował mnie fakt, że gdybym wiedziała ie muszę tam czekać to równie dobrze mogłam spać. Jeszcze jakąś godzinę.
No ale nic. W końcu przyjęła mnie pani. Nawiasem mówiąc bardzo miła i bardzo fajna.
No to się położyłam. Zimny żel, no i szukamy.
Śledziona-Ok.
Wątroba-Ok
Jelita-Ok
Pęcherz-Ok.
Czekamy...
Szukamy...
Pięć minut! I o to ona! Moja upierdliwa lewa nerka znalazła się gdzieś między  żebrem a stawem biodrowym.

Druga była już tam gdzie trzeba.
I tu dowiedziałam się, że jak na moją sytuację to ja jestem zdrowa jak koń.
( I wielka jak słoń ;) przyp.aut.)
I że po połykaniu setek lekarstw, żurawin, picia hektolitrów płynów...
...Prawie pozbyłam się kamieni nerkowych!
Po wielkich złogach które posiadałam, został tylko malutki kamyczek w nerce prawej...
Pokonałam dziada!


I śpiewamy: Łi ar de czempion ;)

sobota, 20 lipca 2013

"Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku..."

Igor i Adrian dostali nowy obiekt zabaw- trampolinę.
Fakt ten nie przeszedł obojętnie obok Nas. Całą niemalże rodziną skupiliśmy się w ogrodzie. Zaczęło się rozkładanie, zaczepianie,ustawianie etc...
Zaczęło o 19...
A skończyło o 22...
Serio! Nie wiedziałam, że z tym tyle roboty! Ale jako, że rąsie moje nie posiadają dostatecznej siły mogłam się tylko przyglądać i... drzeć.

"Igor! Nie biegaj tak!"
"Adrian!Odsuńcie się bo się uderzycie!"
"Adrian! Matko Boska! Co wy robicie w tym kartonie?!"

I tak Nas było dużo i tłoczno. My, zniecierpliwione dzieci bo: "Mamo! Kiedy będę mógł skakać?", oraz piętnaście komarów które  próbowały zawzięcie pozbawić mnie resztki cierpliwości.I tak sobie machałam kończynami, opędzając się i klnąc pod nosem ile wlezie.
Ku uciesze Igora, który widząc moje poczynania chichotał oszalale. Cóż. On miał zabawę,a ja mam piętnaście bąbli...
Aż złożono trampolinę, a śpiący już chłopcy błyskawicznie wybudzili się by wypróbować zabawkę.
I tak sobie skakają...
Od trzech dni niemalże bez przerwy... Przynajmniej Adrian, bo Igor znalazł inne zastosowanie.
Po włożeniu do trampoliny staje, skupiony ogląda trasę, rozgląda się w poszukiwaniu widowni, po czym następuje odliczanie:
"Daaaaaa,ciiiiiiiiii!!!"*
I jak nie wypruje! Mówię Wam! Sprinter rasowy!!

A ja zadowolona, bo nawet jak się przewróci to się nie potłucze, a wygląda przy tym jak mały kangurek.
Aż do dziś... Bo dziś wszystko postanowiło przeszkadzać. Wiatr, chmury, zimno (pogoda wręcz kwietniowa, bo do lipcowej tak niepodobna!)
A na to wszystko łepetynka Igotka zamieniła się w ciepły piecyk kaflowy, lazurowe oczka stały się czerwonawe,załzawione, a humor trysnął...
...Czy mówiłam jak nienawidzę,gdy Oni chorują...?
Czasami oddałabym wiele, bym to ja chorowała. Bo ja mogę przeczekać wszelkie niedogodności, typu ból głowy, czy kaszelek. A oni nie. Są za mali i nie powinni chorować.
:((
Ale mu przejdzie, nie?
Zaraz, za chwilę?
I znów pójdzie na trampolinę?
Bo jak nie to znajdę to paskudztwo co mu zdrowie zabiera.
To wredne, podstępne wiruszysko!
I przyrzekam-Urwę łeb i do szyi nasikam...

*Daaaa,ciii!-Raz dwa i trzy! ;)