środa, 24 stycznia 2018

Trzysta sześćdziesiąt pięć

24 stycznia 2017. Poranek wita mnie przejmującym chłodem i śnieżną breją. Drżę, choć nie z zimna, wchodząc (A raczej wczołgując) z łóżka na wózek, pachnący świeżością. Trzęsącą się dłonią zrywam z ciągu koła resztki folii, w której dzień wcześniej zapakowany przyjechał do mnie. W wielkiej, szarej paczce.
Głęboki oddech. Ręka popycha ciąg. Prowadzi się zaskakująco lekko. Za lekko. Jeździłam już kiedyś, na odkupionym aktywnym wózku. Lubiłam go, choć był za mały i przy każdym, większym progu zdarzało mi się rypnąć jak kłoda. Podejrzewam, że podczas tamtego obozu FAR to ja leżałam najczęściej…
Moja histeryczna natura zaczyna działać.

A co jak tam też się wypieprzę? Kto mi pomoże? Jak ja drzwi otworzę? Czy jak sobie powieszę na tak lekkim wózku torebkę wypełnioną po brzegi książkami, to nie wywinę orła w tył?
Już, już! Prawie chcę zaprotestować, że dziś to ja na wolontariat jadę na starym. Że nie dam rady i że się boję. Że najlepiej to ja zostanę w domu i wyjdę sobie w maju. Tak. W maju będzie łatwiej. Bo bez śniegu.

Ha, nie myślcie sobie, że tak było. W maju też się bałam. I czerwcu, a nawet październiku. Właściwie od roku codziennie powoli się oswajam. Z wózkiem, który oprócz zapewnienia mi komfortu życia otworzył mi oczy na jedną rzecz: Jestem cholerną szczęściarą.

Ten wózek pociągnął za sobą lawinę dobra. Niesamowitego dobra. Nagle tabun ludzi, którzy mnie znali, mniej lub bardziej rzuciło się na pomoc. Plakat z prośbą o zbieranie procenta udostępnia niebotyczna ilość osób. Pod udostępnieniami piękne słowa. O mojej sile, o radości życia. Budżet, który sobie wyznaczyliśmy rośnie. Pieniądze spływają także poza subkontem, podarowane tak od serca. Dla mnie i tylko dla mnie. Czytam, patrzę. Nie dowierzam.

Halo, ludzie? O czym piszecie? Co robicie?Za kogo wy mnie macie? Nie poznajecie? To ja! Natalia! Ta leniwa, mała, trolica, która więcej mówi, niż robi! O kogo wy walczycie? Czemu to ja dostaje tyle serca? Czym ja sobie zasłużyłam? Czemu akurat Ja?

Siadam nad śniadaniem. Robię łyk herbaty, ciepło rozlewa mi się po ciele. I nagle przestaje drżeć. Skoro pomagają to mają powód. Ja też mam powód do walki. Ubieranko i biblioteka! Najwyżej się przewrócę! To mnie podniosą! Trudno! Oby tylko wybawiciel był przystojny… ;)
Nie było wybawiciela. Nie było także ani jednego upadku. Choć drzwi od budynku otwarłam dopiero za czwartym razem, dziękując Bogu przy okazji, że uchronił przed przytrzaśnięciem palców.
Gdy wjeżdżam do biblioteki czuję ścisk w gardle. Mimochodem chwalę się nowym pojazdem. Nie umiem wyrazić emocji. Taka już jestem. Wolę o nich pisać. Dlatego proszę Justynę o zrobienie zdjęcia. Za siódmym razem jakieś tam wybieram, żałując że nie zrobiłam makijażu, manikiuru, a najlepiej operacji plastycznych. Ukrywam się w tyłach, w najodleglejszym kącie. Sadowie wygodnie i odpalam fejsa. Przez chwilę nie wiem co napisać. Emocje i słowa kotłują mi się w głowie, tworząc bezładną breję, bez sensowny zlepek. Tyle podziękowań, tyle osób do wymienienia. Tyle emocji, których nie potrafi oddać żaden wpis…
I początkowo tylko kilka zdań przychodzi mi nagle do głowy:



„Bóg nie dał mi zdrowia takiego jakie ma każdy. Wybrał mnie, spośród milionów zdrowych ludzi, odbierając zdolność chodzenia, wpuszczając na głęboką wodę, mnie, moich bliskich. Mimo tego, mimo tych ograniczeń, jestem na plusie. Bo w zamian za dwie zdrowe nogi dostałam coś cenniejszego.
Ludzi wokoło. „


Wystukuje na klawiaturze. A potem już idzie z górki.
Nikt nigdy nie poczuje takiej dumy, takiego wzruszenia, jaki poczułam Ja tamtego poranka. Nikt nie wie, ile mnie kosztowało wypisanie tych banalnych słów. Popłynęły lawinowo. Potem już tylko zmienianie szyku i usilne próby zakręcenie kurka łez szczęścia. Nie rycz, mówię sobie.
Pięćdziesiąt osiem oddechów potem wciskam „publikuj”. Upewniam się, że nikt nie widział tych łez.
Kolejne lajki, kolejne komentarze, udostępnienia. Ciepłe ramiona przyjaciół. Gratulacje. Czego mi gratulują? Najlepszych ludzi na świecie? Boże, żeby to chociaż moja zasługa była…

Trzysta sześćdziesiąt dni temu wszystko się zmieniło. Przed sobą miałam jeden z najtrudniejszych okresów życia. Zmiana pracy, walka o (Niestety) nie zdaną maturę. Porażki, łzy, nieprzespane noce. Bywało mi ekstremalnie trudno. Tak trudno, że niemal każdego dnia chciałam się poddać, rzucić w cholerę. A gdy było mi tak potwornie źle, to lubiłam sobie włączyć tamten wpis. I poczytać tamte komentarze. By przywołać tamte godziny, wzruszenie, oraz umocnić w walce. Kiedy to robię, to po prostu WIEM, że się nie poddam.
Z takimi ludźmi wkoło to po prostu niemożliwe.


12 komentarzy:

  1. Jesteś wspaniała. Cieszymy się i jesteśmy dumni że jesteś naszą wolontariuszką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja jestem dumna, że jestem Waszą wolontariuszką :)

      Usuń
  2. no no no... możesz być mega dumna.
    Mało kiedy ludzie zbierają się dla kogos na nową furę ;)

    sis M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Super����Pięknie napisanecie, Jesteś wielka����

    OdpowiedzUsuń
  4. Natalka, jesteś wspaniałą Osóbką! Tylko w to uwierz, przecież ludzie dają Ci tego dowody!!!
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakie superowe zdjecie! Noella na swojej RAKIECIE!!! :D

    Noelko, przeciez Ty jestes swietna dziewczyna! Ciebie nie mozna nie lubic! Nie dziwota, ze ludzie do Ciebie lgna i chca pomagac! :*

    OdpowiedzUsuń
  6. "Noella na rakiecie" brzmi dobrze 😍
    Buziaki❤❤

    OdpowiedzUsuń
  7. Noelka bo Ty masz tak jak ja - obie mamy wielkie szczęście do spotykania na swojej drodze cudownych ludzi . Ci mniej cudowni się wykruszyli a Ci co zostali są najcudowniejsi na świecie !
    Gratuluje Kochana nowej furki . Teraz to już MUSISZ wsiąść w swojego mercedesa i przyjechać do mnie ❤️

    OdpowiedzUsuń