Dobry. Żyjecie? Jesteście? Lubicie mnie
jeszcze? I czy właściwie jeszcze pamiętacie, kim ja właściwie jestem?! ;)
Tyle się
ostatnio działo, że... Chwilami nie ogarniam. Były chwile gorsze, ale także i
lepsze, co sprawia, iż styczeń oceniam mniej więcej na dostateczny. A co
się działo?
Po kolei.
W nowy rok weszłam w szampańskim humorze i doborowym
towarzystwie. I nie będzie tu wcale przesadą, gdy stwierdzę, że był to mój
pierwszy Sylwester (nie) w gronie rodziny. I podobało mi się! Święta natomiast
były monotematyczne. Tu żarcie, tam żarcie. Pasztecik, szklanka pepsi, rybka z
piekarnika, tysiąc pińcet sałatek i kaczka w wykonaniu siostry mej zwanej także
matką nr 2. Najmłodszy w rodzinie zdmuchnął pierwszą świeczkę na torcie, mnie
gardło ścisnęło wzruszeniem, a Igorecki zaczął mówić literkę r. Żegnaj "fujo
beemko".
Chlip.
W styczniu, na początku roku straciłam dziadka. Hiobowa
wiadomość została mnie nad kartkami, jedną z nich miała być kartka z okazji
dnia Babci i Dziadka. Żadna z nich nie powstała. I już nie powstanie. No chyba,
że będę na to gotowa. Póki, co nie jestem. Mimo sędziwego wieku dziadzia i świadomości,
że przecież każdego czeka kres, człowiek nigdy nie jest na to gotowy. I tylko świadomość,
że mam tylu opiekunów w górze pomaga.
Zbiegło się to wszystko z moją chorobą. Lewa nerka zaczęła
boleć, promieniować do kręgosłupa, co omyłkowo zinterpretowałam, jako lumbago.
Ostatecznie siekło mnie tak, że właściwie przez dwa tygodnie nie wychodziłam z
łóżka. Przerastała mnie nawet jazda wózkiem, a na widok termoforu do dziś mam
mdłości. No i właśnie to było głównym powoderem nieobecności. Ból mnie zwyczajnie spowolnił ;) A aplikacja blogspota w ogóle nie chce publikować mi postów :/ No ale... Koniec końców złego licho nie bierze i powstałam. Nerki nadal w
kondycji średniej, ale stabilnej.
23 Stycznia stałam się posiadaczką nowego wózka. Ów wózek jest
o połowę lżejszy od tego, który miałam dotychczas i bardziej zwrotny.
Przyzwyczajamy się do siebie, poznajemy. Póki, co jest bez wypadkowo (tfu tfu
!). Obeszło się bez ubierania kasku. Aczkolwiek czuję, że jak tu to napiszę to
z pewnością się gdzieś wypierdziele. Cała
ta akcja z wózkiem dała mi sporo do myślenia i uzmysłowiła, jaką szczęściarą
jestem i jakich wspaniałych ludzi mam wokół siebie Gdyby nie
wpłaty procenta i wsparcie nie udałoby się tak szybko tego załatwić. Wszystko
to zbiegło się ze zbiórką w mojej gminie dla pewnego małego chłopca,
potrzebującego chorej wręcz kwoty do walki z nowotworem mózgu. Kwota została
już zebrana. Brawo Oni! Brawo My!
I to by było na razie na tyle. A niedługo wpadnę i może kilka
aparatowych migawek zostawię... I może nawet uda mi się to zrobić w tym roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz