czwartek, 29 listopada 2012

Sratytaty pupa w kwiaty!

Pogoda dobija.
Mój wygląd też.
Uwierzcie. Zaatakowały mnie na raz (!) opryszcza i wysyp trądziku.
Lustro moim wrogiem do odwołania. Howgh!
Dzisiejszego ranka w końcu wzięłam tyłek w troki i poszłam wraz z mamuśką, Igorkiem oraz siostrą Martą (pozdro for ju xD) do sklepu. W końcu musiałam zakupić coś na mikołajki. To tuż tuż!
Oczywiście nie było to nic wielkiego. Słodycze,gazetka z bajką na dvd, samochodzik dla Igorka. Ale nie to się liczy. Chłopaki wiedzą, że gdyby ciotka miała kase, to dała by im wszystko.
Potem przyszłam do domu, zaliczyłam "serwetkowanie" decoupage :)
wyszło mi... tak sobie. Ale nie poddaje się. Konsekwetnie poprawiam, czytam, zdobywam doświadczenia. Nie dam się! W końcu z rękodziełem wiąże ostatnio swoje życie.
W bibliotece nie byłam w tym tygodniu, bo nie zdążyłam przeczytać nabytych wcześniej książek.
Obecnie po raz 8777686767547246 męcze sobie sagę "Rozlewiska", "Dziecko piątku" Musierowicz i "Wybór" Sparksa :)
Po za tym moje życie ostatnio robi się... dziwne.
I bardzo schematyczne.
Wstaje rano, nic mi się nie chce, ale humor mam całkiem dobry. Do czternastej.
Potem do godziny dwudziestej mam jakąś nieokreśloną, dziwną depresję, stan beznadziei. Ryczę, wrzeszcze, wkurzam się, nudzę, a jednocześnie nic nie chce mi się robić.
:/ oby minęło, bo skończę u czubków :/
List do Mikołaja napisali tylko chłopcy.
Ja nie, bo byłam taka niegrzeczna, że Mikołaj bankowo ominie "mój komin" hahahaha:D
Dzisiejsza notka jest pozbawiona sensu.
Ale miałam potrzebę, więc napisałam.
:P



PS Igorek zaliczył wczoraj spotkanie pierwszego stopnia z czołem koleżanki. Podobno było dużo łez, obojga i wielkie limo, ale niezawodny Altacet dał radę. 
Igor dziś jak nowy :D a koleżanka ponoć mówiła, wieczorem że Igorka kocha.
Znaczy się mam zbierać kasę na wesele...?!

PS2 Dziś zamiast siostrzeńca miałam pirata. 
Wszystko na potrzeby balu przebierańców na Andrzejki, w którym to udział brał Adrian:))

PS3 W końcu to mogę napisać! Tosinkowo rozrasta się! Cudownie, że mogę to już powiedzieć!
Witaj oficjalnie Gaju! :* Już niedługo pojawisz się na świecie!


poniedziałek, 26 listopada 2012

"Myje zęby wystające z gęby, bo pozostałe są zardzewiałe..."

Jakiś czas temu przeczytałam, że dobrym sposobem na rozwój mowy do dziecka oprócz paplania do niego jest śpiewanie. Och, śpiewam to ja często. A może nawet ZA często? Aczkolwiek małe dziecko nie zreflektuje o co chodzi w piosence IRY /
Dlatego dziś rano przy porannej toalecie wzięłam szczoteczkę do rąk (mikrofon) i dałam małemu popis wokalnych możliwości w stylu fasolek, czy tam innej Arki Noego:


Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda, tak się zaczyna wielka przygoda. Myje zęby, bo wiem dobrze o tym, kto ich nie myje ten ma kłopoty, żeby zdrowe zęby mieć, trzeba tylko chcieć.

Szczotko, szczotko, hej szczoteczko, ooo zatańcz ze mną, tak w kółeczko, ooo w prawo, w lewo, w lewo, w prawo, ooo po jedzeniu, kręć się żwawo, ooo w prawo, w lewo, w lewo, w prawo, ooo po jedzeniu kręć się za żwawo, ooo.

                                      Bo to bardzo ważna rzecz, żeby zdrowe zęby mieć.


Igor przez chwilę mi się przyglada, po czym dołącza do repertuaru:


"Loliloliloli o, o, o!"



No cóż... z takim artystą to ja nie wygram:D

sobota, 24 listopada 2012

Bartusiowi...


Twoja dusza tak niewinna, czysta, biała bo dziecinna jest już w górze tuż nad nami. 
Między tymi kometami co gdy noc spowije świat daje wszystkim ludziom znak.
Że wciąż jesteś, nie odszedłeś. 
Że już zawsze przy nas będziesz. 
Że gdy staniesz w Boga oknie 
powiesz wszystkim co zostali:


Nie płacz już. 
Ja nie odszedłem.

Jestem z nieba deszczu srebrem. 

Więc już nie płacz, 
otrzyj łzy. 
Od dziś jesteś bliska mi.


 Lecz ja zostać tu nie mogłem.
Od dziś jestem twym aniołem.

piątek, 23 listopada 2012

Szprotka...

Żegnaj mały, dzielny bohaterze...
Dałeś nam świadectwo wielkiej walki i radości z życia mimo wszystko.
Czuwaj nad światem po tamtej stronie nasz dobry duszku.
Zapamiętam Cię jako cudownego, uśmiechniętego maluszka.

No to piszem.

Chociaż nie wiem o czym
Ale skoro siostra każe...
W końcu to ona zabiera mnie na pizze, kupuje mi gazety, robi za mojego osobistego szofera, męczyła się godzinami żeby wydać na świat te moje dwie inspiracje blogowe. :DD
Więc:
-Na twarzy mam wysyp meteorytów (Jak to mówi moja Martynka kochana:*)
-Wenotwór jakby... powoli odżywał?
-Kupiłam multum serwetek świątecznych do decou.
-Dalej nie zrobiłam kartek.
-Za 30 dni święta.
To ja może jednak już te kartki zacznę i skończę się wydurniać??:/
Adrianek napisał list do Mikołaja. A właściwie napisałam Ja- bo jemu się nie chciało pisać:P
Młody najpierw zażyczył sobie konsolę.
Potem stwierdził, że Mikołaj to by zbankrutował.
Potem zażyczył sobie zegarek.
Ale mu powiedziałam że od zegarków to są komunię.
No więc nakreślił kilka pomniejszych fantów jak gry planszowe, słodycze itp itd. A jak mu już inwencja twórcza wysiadła to poradziłam mu żeby zamknął oczy i przypomniał sobie co mu brakuje.
I pytam
-A potrzebujesz coś do szkoły?
Na co on zniesmaczony:
-Na Mikołajki? Ciociu. No coś Ty!
No co ja...? Zbzibziałam?
Wczoraj natomiast wpadł do mnie po szkole, pocałował mnie po ojcowsku w głowę, po czym obwieścił.
-Ciociu? Swędzi mnie ząb.
W porządku. Rozumiem. Mnie w młodości bolały włosy.
Igorek za to był u "Mami" w sklepie i kupili mu "ciuciu", które to bezczelnie mu podkradłam.
Ale sie nie obraził. :D
Obecnie siedzi i ogląda bajkę w łóżeczku z czapką zimową na głowę.
A czemu? Sama nie wiem. Wszak w domu jest całkiem cieplusieńko!

A wczoraj była u mnie Lulusia.
I było fajnie jak zza liceum :))
Uf. Jednak się nazbierało...
A wy? Napisaliście już listy do Mikołaja? :))

środa, 14 listopada 2012

A kuku!/ Liebster blog

Jestem, jestem! Wiem, że ostatnio trochę zaniedbuje pisanie, ale spowodowane jest to troszkę mniejszą niż dotychczas weną blogową. W każdym razie planuje to zmienić.
W dniu wczorajszym wylądowałam jak co tydzień w bibliotece. 
Niedawno mama wywalczyła dla mnie dowóz do jednej z bibliotek miejskich w moim rejonie. Owa biblioteka jest nowa, bardzo nowoczesna, wieeelka i z udogodnieniami dla niepełnosprawnych(brak wysokich progów, winda, podjazd) a co najważniejsze posiada bogaty księgozbiór.
Czas spędzam tam głównie w czytelni naukowej. Wczoraj przez trzy godziny czytałam nt. choroby zespołu Aspergera, oraz znalazłam pięęękny album o Meksyku. 
Niestety czytelnia naukowa wypożycza tylko książki w określone dni... I nie mogłam zabrać go do domu. Zresztą ja marzę o takim dla siebie i na własność. Żebym nie musiała go nikomu oddawać.
Do domu wróciłam za to z czterema książkami dla mnie, oraz jedną dla Adriana (nawiasem mówiąc jedną z ulubionym ksiązek mojego dzieciństwa). Jedną z wypożyczonych książek, to już nawet kończę:P
Ochh nie ma nic lepszego jak zimowe wieczory, oraz poranki w łóżku przy książce. Albo te słoneczne dni na podwórku... Książka to dobry wynalazek:))
Potem wpadłam na pomysł. Co powiedzielibyście, gdybym po każdych przeczytanych książkach pisała tutaj recenzje tego co czytam? 
Bylibyście zainteresowani?:))
Planuje też umieszczenie zakładki z linkami do moich ulubionych stron:)) na dniach na stronie pojawią się nowe rzeczy i mam nadzieję, że się spodoba:))
Dziękuje wszystkim, którzy tutaj są:*

                                                                     ***
Jestem złą blogowiczką i kumpelą i prawie zapomniałam o moim wyróżnionku które podarowała mi Beatka:*
Problem w tym, że nadal nie mam koncepcji na pytania... To może Beatka się nie pogniewa jak tylko dam odpowiedzi na jej pytania??

Więc do dzieła:

1) książka, którą zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę to....bo....?
Dom nad Rozlewiskiem. Bo lubię, bo mnie jakoś uspokaja, bo ciekawa, bo kocham te klimaty tej wsi...
2) Czyj plakat wisiał kiedyś/albo wisi ciągle u Ciebie na ścianie? :)
Do niedawna wisiał tam plakat mojego ulubionego zespołu-RBD
3) Czego nie może zabraknąć w Twoim życiu?
Rodziny, szczęścia i zdrowia.
4) Czyje cechy odziedziczyłaś?
Czasem wydaje mi się, że nie jestem do nikogo podobna. Taka ze mnie indywidualistka.
5) Gdybyś mogła przeżyć swoje życie jeszcze raz - co byś w nim zmieniła?
Wiele rzeczy. Nie brałabym wielu rzeczy do siebie, nie popełniła kilku błędów, nie zaprzepaściła wiele szans, nie robiłabym sobie nadziei...
6) Najpiękniejszy sen, jaki wyśniłaś był o....
Brałam ślub. :))
7) W której ławce siedziałaś w szkole?
Zawsze w pierwszej...
8) Na jaki kurs chętnie byś się zapisała?
Hiszpański, wokal,scrapbooking,decoupage,pisarski.
9) Gdybyś miała nosić kapelusz - jaki on by był? 
Nie przepadam za nakryciami głowy.
10) Chwila, której chciałabyś dożyć:
Prawnucząt :))
11) Twoja ulubiona godzina w ciągu dnia to:
Dwudziesta. Gdy już umyta kładę się w ciepłym łóżku i załączam seriale i siedzimy razem z mamą i siostrą przed TV :))

piątek, 9 listopada 2012

Noel puknij Ty się w czółko!

Wczorajszy wieczór spędziłam na nauce hiszpańskiego.
Oj trudno jest się zmobilizować do samodzielnej nauki. Co innego gdyby ktoś mnie przypilnował, kazał mi się uczyć.
A po co skoro hiszpańskiego uczę się sama dla siebie?
Cóż. Nie było więc innej możliwości. Wzięłam tyłek w troki i sama się zmobilizowałam po dwuminutowym monologu gdzie m.in:ochrzaniłam samą siebie że przecież jeszcze nie dawno tak marzyłam o wolnym czasie, o książce do nauki,
że teraz nie może być tak, że rzeczy które były na prawdę drogie jak np słownik hiszpańskiego czy kurs leżą nie ruszone. I w ogóle leniu głupi puknij się!
No. Pomogło.
Po piętnastominutowym próbowaniu dosięgnięcia torebki, która jak na złość znalazła się z dala od mojego pola zasięgu( Co mnie nawet bardzo nie zdziwiło gdyż wczoraj pomimo mojego dobrego humoru cały świat robił mi na złość a pech prześladował niczym 13 w piątek obok czarnego kota...),
gdy już wszystkie możliwości się wyczerpały z odsieczą do pokoju wpadła Ola.
No i się pouczyłam. Następnym moim przełamaniem się będą w końcu te kartki świąteczne do których to jakoś nie mogę się zmobilizować, bo wszystko co robię własnoręcznie nie podoba mi się.
 Łącznie z charakterem pisma i jego wpływem na wygląd moich notatek.
 A jeżeli chodzi o notatki to ja mam świra.
Korepetytorka może potwierdzić ;))
A jak już się pouczyłam to zaczęłam myśleć...
Ostatnimi czasy z namiętnością umilam sobie życie męczeniem mailami Marty oraz męczeniem gadu gadu Beatki :D
I zaczęłam się zastanawiać czemu to Tosinki nie piszą do mnie na gadu gadu?
Pomyślałam...
Pomyślałam...
I znalazłam.
Zdałam sobie sprawę, że nikt z moich czytelników nie może sie ze mną skontaktować drogą komunikatorową.
A czemu? Bo zapomniałam sobie zainstalować owej funkcji na blogu.
Brawo Natalko, jesteś cudowna -.-
W każdym razie rzeczony problem zostanie dziś rozwiązany. :P
Igorek też daje czadu. Ostatnio bardzo ewoluował. Głównie to w kwestii komunikacyjnej gdy to poszerzył mu się repertuar gadania i nauczył się mówić głośne i dobitne "NIE"
Z utęsknieniem czekamy na tak. :)) Kolejną nabytą umiejętnością młodego jest:
DUUUŻYYY
WIEEELKII
OGROOOMNY Foch.
Tak więc gdy dziś spytałam małego, czy da mi buzi to spojrzał na mnie oburzony.
Bo jak! On ma mnie całować?! Przecie to obciach! A jak koledzy zobaczą!? No ciotka no!
Wobec tego w celu zamanifestowania swojego niezadowolenia klapnął tyłkiem na podłogę skrzyżował rączki na styl "prezesa samo zuo" i ze srogą miną odpowiedział "NIO" kiwając przecząco głową.
Ale się ciesze! Taki mały a już odmawia po hiszpańsku!
Moje geny!! :D


wtorek, 6 listopada 2012

:D

Minione dni jak widać z resztą po moich ostatnich notkach były... paskudne.
Zaliczyłam takiego doła paskudnego, że myślałam, że się nie wygrzebię i w końcu skończę u psychologa.
Na szczęście już poszło (Tfu, by nie zapeszyć) i moja psychika powolutku zaczyna wracać do normy.
Ukoronowaniem wczorajszego dnia była wspaniała paczka od Tosinków  po której jeszcze długo minę miałam taką: :O
Czekałam na nią jak dziecko sie ciesząc.
I to już nawet nie chodziło o to, że kocham dostawać paczki, ale jak już dotarła i zdałam sobie sprawę, że przecież była trzymana w dłoniach osoby, którą tak bardzo uwielbiam i szanuje to aż ją przytuliłam z radości.
A potem oniemiałam.
Bo jak to możliwe?
Skąd Marta wiedziała, że skończyły mi się perfumy, moje włosy potrzebują ratunku, a wszystkie kolczyki się znudzily i jeszcze dodatkowo mam ostatnimi dniami ochotę na czekoladę? (No dobra, z tym ostatnim wygadałam się w mailu nieopatrznie)
Martuśku! To kto tu jest czarownicą w końcu? :P


Igorek i Adrian dokazują jak zawsze. Igor zaliczył dziś tzw małpią godzinę. Przez długi czas biegał jak oszalały po pokoju w kółko. A ile radości przy tym!!
Zapytany zaś o to "Gdzie jest łóżko?" wskazał... ucho. :D
No przecież że tak!
:D
A jutro zaczynam mordęgę w postaci... matematyki.
Trzymajcie kciuki za moją kochaną Brygidę żeby nie sfiksowała przy mnie a mnie żeby nie zabrakło mi cierpliwości i pokazałam tym głupim wzorkom, pierdułkom i innym numerkom kto tutaj rządzi!!!
Ciebie prosimy...

piątek, 2 listopada 2012

168


Wliczając z tym dzisiejszym dniem tyle własnie siedzę w domu.
Pamiętam jak dziś jak siedemnastego maja br wróciłam w szampańskim nastroju. Za sobą miałam już maturę, przed sobą marzenia.
I one trwaly. A w międzyczasie wyjazd, który miał mnie usamodzielnić.
I nagle nadszedł ten dzień.
Tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego jeden telefon i wszystko runęło.
Nie ma dojazdu. Nie należy mi się, nie idę do szkoły.
Niczego w życiu tak nie żałuję jak tego, że tak łatwo dałam się nabrać, że nie sprawdziłam jaka jest prawda.
Tkwiłam w niewiedzy do czasu gdy młodsza ale jednak bardziej rozgarnięta ode mnie osoba poinformowała, że dojazd się należy.
I to do dwudziestego czwartego roku.
Był siedemnasty października. Zajęcia na studium zaczęły się półtorej miesiąca wcześniej.
 Dzień potem znalazłam się obok sali gdzie kiedyś mogłam mieć zajęcia.
Piękny jesienny dzień, stałam koło budynku a z otwartego okna dobiegły mnie radosne chichoty "mojej grupy" i ciekawy wykład o autyzmie.
I pomimo, że temat tak bardzo mi się podobał to nie słuchałam dalej i poszłam.
Bo mnie to już nie dotyczyło.
Bo ja już pewną bitwę przegrałam.
Wczoraj przeglądając biuletyn o prawach natknęłam się na ten cytat:

"Niepełnosprawnym kobietom i dziewczętom należy zagwarantować pełny rozwój oraz wzmocnienie ich aktualnej pozycji społecznej a aby nie były one traktowane gorzej niż ich rówieśniczki"

Więc zostałam w domu.
Moje rówieśniczki poszły do szkół i prac.
Mam się nie czuć gorsza? 
Ale się czuje.
Bo nie ma dla mnie dowozu. 
A przecież nie chciałam się uczyć na końcu świata a jedynie kilka kilometrów dalej.
Specjalnie wybrałam takie studium które nie jest płatne.
Zależało mi tylko na głupim dowozie.
Na 20 minutach drogi w przystosowanym samochodzie dwa razy na dzień cztery a nawet mniej dni w tygodniu.
Zawsze mogłam wybrać ukochany hiszpański.
W Krakowie.
W Warszawie.
Gdziekolwiek.
Ale nie wybrałam. I co ja z tego mam?
Czy ja tak dużo żądałam?
I dlaczego świat ostatnio mnie umacnia w przekonaniu, że ulubionym zajęciem większości ludzi na całym świecie jest kłamstwo?
Te sto sześćdziesiąt osiem dni umacnia mnie w przekonaniu, że marzenia i plany są nie warte.
A ja wciąż wierzę i marzę.
Ja biedna i naiwna dziecinka.
I od paru dni wiem, że ktoś kiedyś napisał najwiarygodniejsze słowa świata:

 "Kobieta z niepełnosprawnością to płeć potrójnie słaba. Jeśli chce się podobać, to usłyszy komentarz: po co się maluje? Jeśli zwiąże się z mężczyzną, to usłyszy: po co jej to? Kobiety z niepełnosprawnością są bowiem traktowane o wiele gorzej
 niż niepełnosprawni mężczyźni, rzadziej kształcone i częściej traktowane w sposób instrumentalny. Jeśli dziewczyna na wózku, która – wiadomo – i tak sobie nie radzi, wpakuje się w związek z facetem i jeszcze będzie miała dziecko, to już na pewno sobie nie poradzi. Co powinna robić? Rehabilitować się fizycznie i społecznie, iść do pracy i najlepiej trwać przy rodzicach."
www.niepełnosprawni.pl

Wiecie... chyba wolałabym być chłopcem. ;)

czwartek, 1 listopada 2012

Ku pamięci...

Ten dzień nie jest zwykły.
A za to bardzo uroczysty.
Pełny smutku, tęsknoty i żalu.
Pełen nadziei że kiedyś sie jeszcze spotkamy.
A nawet trochę radosny... Bo ja wierzę, że po drugiej stronie jest o wiele lepiej.
Tego roku tak wiele żyć zostało zakończonych.
Chyba każdy pamięta śmierć małej Madzi?
W tym roku powinna obchodzić pierwsze urodziny.
Ale nie zazna tego. Tak jak innych rzeczy, na które część jej rodziny czekała.
Pierwsze kroki, pierwsze słowa, pierwszy tort.
I zastanawiam się czy w tym medialnym cyrku wokół jej małej osoby znajdzie sie czas na zadumę i pamięć?
Dla mnie to też był szczególny rok.
Śmierć w mojej rodzinie.
Za wczesna, zabierająca szesnastoletnie serce.
Mojego kuzyna, z którym bawiłam się jako małolata.
 Za niego, za Madzię jak i za tysiące dusz odmówię dziś modlitwę.


poniedziałek, 29 października 2012

Let it snow, let it snow, let it snow...

Środa:
Pomimo iż do niedawna planowałam ( i w zasadzie dalej planuje) wrócić do naturalnego koloru włosów to byłam zmuszona się... farbnąć.
Czekała mnie impreza na której nie wypadało mi pokazać się z kilometrowym odrostem pomimo iż ombre przecie w modzie jest... Ale nie takie co się zaczyna w okolicach uszu. ;) Uzbrojona więc w te śmierdzącą farbę, odżywkę, grzebień i siostrę ufarbowałam łba. Przeczuwając też zimową aurę calutki dzień... oglądałam świąteczne ozdoby planując. ;p

Czwartek:
Zaraz, zaraz... Co ja robiłam w czwartek?

Piątek:
W piątek deszcz zrobił się niebezpiecznie marznący. Odeszła złota polska jesień i nadeszło... nowe życie.
O godzinie dwunastej (w porywach do trzynastej :D) na świat przyszła Michalina Faustyna czyli druga z kolei siostrzenica, a pierworodna chrześnica mojej wieloletniej przyjaciółki. Siostrzyczka szczęśliwej Oliwki:)
Witaj na świecie Misia!
Wieczór zgodnie z tradycją spędziłam śpiewając (udając że śpiewam?) na scholi, a następnie z "rodzinką pl" :D

Sobota:
Dzień zaczął się wcześnie. A wraz z nim zaczęły się przygotowania czyt. fryzury, malowanie, ubieranie, rozterki ubiorowe. Następnie wraz z całą rodziną wybyliśmy na wesele do sąsiadki :)
A konsekwencją tego wydarzenia była zrobiona już tydzień wcześniej (jeszcze zza czasu słoneczka) ta o to kartka:
Jeszcze nie całkiem taka jak powinna być, ale się wprawiam powoli. Te motylki śliczne to naklejeczki które otrzymałam od przyjaciółki na urodziny :))

Niedziela:
Wstaje po odsypianiu i... oczom nie wierzę!!
Ukazuje mi się obrazek jak z bajki o królowej śniegu!
Wszystko, wszystko białe! I uwierzcie mi, że pomimo że wiedziałam że zasypało chociażby moich kochanych Tosinków i większą część Polski a w wiadomościach zapowiadano rozwój zdarzeń to naprawdę się zdziwiłam! W śniegowym puchu przyszło nam zawitać na poprawinach gdzie najbardziej podobały mi się walczyk, salsa, tango oraz taniec klasyczny w wykonaniu Igotka. Dzięki Bogu po ostatnich problemach (mały chorował dwa tygodnie) został tylko katar a wrócił dawny uśmiechnięty Iguś:D
Adrian również dawał czadu. Przez dwa dni weselne wytańczył chyba calutką salę weselną:D


Obecnie siedzę sobie z gorącą herbatą i w piżamie przed komputerem. Za mną w oknie nadal biało i puchato.
Jutro wybywam do biblioteki, natomiast w czwartek Wszystkich świętych.
Nie lubię. :( Smutne święto.

A z nawiązaniem do środowego "halołin"

"Psukierek czy cikus"?:D Kto zna ten wie. :D


sobota, 27 października 2012

O jacież pierdzielę...


Wzruszyłam się.
No NA-PRA-WDĘ!
Odkopałam dziś mój ostatni blog.
Są tam takie fajne wspomnienia jak np. pierwsze kroki Igora.
W necie istnieją trzy moje ostatnie blogi. 
Ten najstarszy czwarty zginął śmiercią tragiczną poprzez kliknięcie nieodpowiedniej ikonki przez Adriana.
No ale tamte dwa są a ja marzę, by mój blog był fajny i ciekawy.
I bardzo chce go "połączyć" w jedność tzn. pododawać stare i nowe notki na jednym blogu.
Problem jest w tym, że tego nie umiem.
Prześledziłam Manifo od A do Z i nie ma tu takiej opcji.
I jestem w kropce.
Nie wiem co zrobić.
W grę zaczyna wchodzić ostatnio przeniesienie się na blogspot.
(też dlatego, że chciałabym założyć hasło na bloga, by nie trafiał w niepowołane ręce. Oczywiście tym, których znam i im ufam udostępnie blog. Jednakże prywatność trzeba chronić.)
Tylko nie wiem czy na blogspot jest możliwość takiego sklejenia notek?
Chaotycznie dziś piszę.
Nawet nie wiem czy ktoś zajarzy o co mi chodzi.
Heeelp!

piątek, 26 października 2012

No i takie tam pitu pitu...

Jest mi lepiej. 
Odpukać.
To znaczy nie budzę się już z zamiarem wymordowania połowy świata i z grymasem na ustach.
Być może to dlatego, że w końcu zaświeciło słońce i mamy złotą polską jesień?
I bo Adrian przynosi same czwórki, piątki i szóstki?
I bo katar Igora jest już mniejszy a on już ma lepszy humor?
Oj rozgadał się mi chłopina ostatnimi czasy.
Do jego słów doszło ostatnio:
Żaba-Baba
Natalia-Tataja
Ciecierecie(kto zna ten wie)-Ci ci ci.
No i wypróbował też nową technikę tańca. Od teraz do wywijania kuperkiem doszły mu jeszcze rączki i naprawdę super to wygląda :)) szkoda że nie mogę pokazać
A ja staram się ostatnio robić tak, by nie dać się jesiennej chandrze. I tak naprzykład:
-Nie oglądam w tv wiadomości.-Wypróbujcie. To znacznie polepsza nastrój jak się człowiek odetnie od wiecznych tragedi i afer.
-Oddaje się całkowicie swoim hobby.
-Wychodzę na spacer
-Zaliczyłam ostatnio wizytę takich trzech :*
-No i najważniejsze. Co prawda ostatnio zaliczyłam potyczkę w postaci niezaliczonej poprawki z matmy, ale przynajmniej narazie przestaję się martwić tym wszystkim. Inaczej po prostu oszaleję. W każdym razie przystąpiłam, spróbowałam, uczyłam się. Sumienie czyste. A nawet jestem z siebie dumna!

Dziś byłam z wizytą u znajomych w ośrodku dla niepełnosprawnych, w którym kiedyś dużo spędzałam czasu, mama i siostra w tym czasie załatwiały jakieś tam swoje sprawy.
Na dalsze dni planów nie mam.
Same się napiszą.
Ostatnio też namiętnie szukam sposobu na rozsławienie swojego bloga.
W końcu im nas więcej tym lepiej


Pozdrawiam słonecznie:*

środa, 24 października 2012

Ble...

Bo tylko tak jak w tytule można określić mój obecny nastrój.
Zrobiłam się znowu płaczliwa...
Marudna...
Beznadziejna, bezużyteczna, psiocząca, warcząca.
I wcale nie chce taka być, ale czasami jak nie warknę i nie zademonstruje tej złości do całego świata to się uduszę czy co.
I po co? I na co? Przecież nic mi się nie dzieje. Mam co czytać, co robić, z kim siedzieć, pogoda piękna.
Ale nie pomaga mi ani książka, ani serial, ani muzyka, ani ruch, ani  nawet przebywanie z innymi.
Wiecie co? Czasem bym chciała żeby ktoś we mnie wstąpił i pewnymi rzeczami, problemami i sprawami pokierował za mnie...
A teraz ogłaszam wielkie reanimowanie dobrego humoru.
Dostałam zamówienia na pięć kartek świątecznych, hiszpański się sam nie nauczy...
Trzymajcie kciuki, żeby nikt mi dziś nie pokrzyżował planu jakim jest wyprostowanie mojego humoru...


Dziękuje wszystkim za głosy :* i Marcie mojej kochanej za pomoc przy ich zbieraniu:*


DOPISEK: A w dodatku dziś rano skasowałam sobie calutką galerię w komórce... Brawo Natalka. :/

wtorek, 23 października 2012

Szarość dnia...

Na podwórku szaro.
A mgła okala wszystko tak, że nic nie widać prawie.
Bolą mnie oczy.
Mam za sobą tylko w małym odsetku przespaną noc.
I rozwiane nadzieje...
I zepsute plany.
I tą irytującą już momentami nadzieję, że jednak się coś odmieni.
I problemy.
Ale z drugiej strony kto ich nie ma?
Igor chory. Popłakuje często, marudny.
Moje życie zaś zaczęło przypominać jedną wielką przewidywalną ciągłość.
Nie jest dobrze. Zaczyna mi się chcieć rzygać własnym życiem...
Nienawidzę samotności. Nie jestem i nie byłam i raczej nie będę odludkiem i potrzebuje towarzystwa.
Ciągłego.
Z drugiej jednak strony ostatnio porozglądałam się w około.
I doszłam do wniosku, że osoby które są przy mnie tak na prawdę i akceptują mnie taką jaką jestem  mogę policzyć na palcach.
Smutne.
Ale jednocześnie prawdziwe.
Mówiłam już komuś, że nie lubię jesieni...?
A zwłaszcza TEJ jesieni...?
A przede mną jeszcze zima...
RATUNKU!

Żeby jednak nie było tak całkiem do bani i beznadziejnie to przedstawiam wam dziś moją butelkę.:D
Powstała Ona techniką decoupage.
A w niedzielę powstała kartka.
Ślubna.
Idę na wesele do sąsiadów w tą sobotę i trzeba było coś wymyślić:))
Jak to dobrze, że prócz codzienności są jeszcze pasje :)

PS Mój hiszpański ma się coraz lepiej:)

czwartek, 18 października 2012

Zmiany, zmiany

Co można się nauczyć w dziewięć dni?

Bardzo dużo. Uwierzcie mi.

Tego, że to co dawniej zajmowało ci prawie godzine teraz zajmuje ci niecałe pół.

Tego, że to że jestem niepełnosprawna to nie oznacza, że mam żyć inaczej.

Nauczyłam się wiary w to, że mogę założyć rodzinę, pracować, podróżować, udoskonalać talenty, a nawet uprawiać sporty.

(Swoją drogą-Czy wiecie że osoba niepełnosprawna może grać w piłkę nożną?

A, że rękami? I piłką rehabilitacyjną?

To nic.

Było łatwiej, lepiej, wkręciłam się w to tak mocno, że nawet zakwasy przestały mnie boleć :D Strzeliłam nawet dwa gole! Graliśmy też w unihokeja, w bule, strzelaliśmy z łuków. )

Nauczyłam się tego, by doceniać to co mam wokół.

Bo potem znajdujesz się z dala od domu i... Tęsknota.

Jak cholera.

Nauczyłam się, że jak się zaprę to wytrzymam. Wszystko.

Bo inaczej do domu wróciłabym już we wtorek, kiedy miałam jakiś kryzys albo inne licho. W każdym razie wyłam cały dzień.

Nauczyłam się prosić o pomoc, nie wstydzić się tego.

Dowiedziałam się, że lubię tańczyć i że w zasadzie to nie wychodzi mi to najgorzej. :))

Więc z tym bagażem doświadczeń wróciłam do domu.

Taka rozdarta...

Z jednej strony chciałam by to trwało. Z drugiej strony tęsknota była silna.

A w domu wszystko po staremu.

Przywitał mnie Adrian, troszke wyższy, pierwszoklasista, nadal taki sam śmieszek, szalony. Jego reakcja na mój powrót zrekompensowała mi wszystko.

I przywitał mnie Igorek. Z nieco skróconymi włoskami. A rozgadany jaki! Powtarza już coraz więcej.

A jego "Tataja..." to na moje uszy miód.

Powitał mnie mój pies, stęskniony obskakując mnie i obwąchując.

I te same meble i stary wózek.

(Ten sportowy niestety okazał się za wąski... Jakoś na nim przedybałam, ale może doprowadzić do odleżyn. Niestety trzeba go wymienić. A nie jest to kwestia groszy, ani stu złotych. Ani nawet dwóch tysięcy..

A ja stanęłam na środku domu wdychając dawne zapachy i nasłuchując dawnych dźwięków.

Mając w głowie głosy tamtych wspaniałych ludzi, czując w ustach smak tamtego cudownego jedzenia.

Słysząc śmiechy podczas zabaw, muzykę z ostatniej imprezy.

Czując adrenalinę przed każdym nowym wyzwaniem, a przed mając oczami te chwile spędzone na Krakowskim rynku, na targu staroci, w muzeum, w ulubionym "Empiku" i wieczorne przed telewizją.

To wszystko teraz wydaje mi się być już tylko snem...

Ale to było naprawdę.

Przypominają mi o tym ten dyplom który wisi nad biurkiem

i ten kubek w kuchni i książki, które przywiozłam, drewniana zabawka chłopaków

i kolczyki na uszach Oli.

To było naprawdę.

A ja...?

... Dałam radę.

Było ciężko a zarazem cudownie.

A teraz czas żyć dalej swoim życiem w nadziei, że mój bagaż doświadczeń tylko je wzbogaci...


Przepis na szczęście

Najpierw postawię dom.
Takiii byyyyyczyy!
Taki w którym zmieści się calutka moja rodzina.
Ja, moje siostry z rodzinami, rodzice.
I każdy będzie miał osobne wejście, by uniknąć ingerencji w życie innych.
Moja część będzie miała m.in. byczą i  niską(!) kuchnie, wielki salon, scraproom i biblioteczkę z tryliardem książek.
Potem wezmę Igora i Adiego do zabawkowego sklepu i powiem "Bierzcie co chcecie"
A potem pojadę do Meksyku... i wyślę Olę do Londynu na koncert.
(kto zna ten wie)
Potem kupię sobie samochód. Taki z podnośnikiem, z bajerami.
Najlepiej w pakiecie z szoferem.
Urządze ogród, zrobię maturę, nauczę się hiszpańskiego.
Potem pójdę na studia...
Jakiś harward... czy coś.
A potem zostanę politykiem,
ministrem,
premierem,
prezydentem...
I w końcu naprawię tej poryty kraj.
I tak- założę fundację...
I wyjdę za mąż.
I będę mieć czworo dzieci...


No... A teraz tylko zostało wygrać 50 milionów w totka.
Łatwizna, nie? ;)

środa, 17 października 2012

"Chcę, potrafię, jestem skałą..."

   Tytuł tej notki był moim motywem przewodnim tych dziewięciu dni.
   Najtrudniejszych i najpiękniejszych dni mojego życia.
   I nie żałuje.
   Żadnej wybeczanej łzy,żadnej kropli potu,
żadnej minuty kiedy tak bardzo tęskniłam za domem...
   Ani nawet tego siniaka na udzie :))
   Bo wiem, że gdyby nie ten wyjazd to nie przeżyłabym tych wszystkich wspaniałych momentów, kiedy po kolei starałam się radzić sobie ze wszystkimi trudami.
   A było ciężko.
Ale byłam na to przygotowana, bo na dzień dobry mieliśmy czterokilometrowy spacer.
Do domu wróciłam z jeszcze większą ilością bagażu. Zarówno tego materialnego jak i bagażu doświadczeń.
I wiecie co jeszcze powiem?
Dopiero tam będąc daleko od domu, przyjaciół, siostrzeńców doceniłam to co najważniejsze
I dziękuje wszysykim którzy wspierali mnie tymi wszystkimi smsami,telefonami.



Ewciu,Elusiu,Mariolu, Aniu,Tysiu,Mirrorku,Tosinki i moja kochana rodzinko a także wszyscy, o których zapomniałam!


Dziękuje :*** Jesteście prawdziwymi przyjaciółmi






I śpiewamy


"Łiii ar de czeempion maj frends" :d

wtorek, 16 października 2012

Się wyluzowałam...

Wczesne popołudnie.
Zirytowana i w złym humorze usiadłam w kuchni po raz dwunasty z rzędu przeglądając tę samą gazetkę promocyjną.
W końcu gdy moja mama wyszła na chwilę a mały zasnął w pokoju zrobiło się cicho...
Skorzystałam natychmiast.
Wymościłam się wygodnie w wózku, zaraz jednak zrobiło mi się nie wygodnie, więc przeklinając gruchota poprawiałam się w nim z pięć razy.
W końcu jest ok.
Zamykam oczy, zmęczone, bo dziś obudziłam się dość wcześnie, za to za sprawą wciągającej książki zasnęłam późno.
Ciiiisza.
Ciiiisza...
Słychać tylko tykanie zegara kuchennego...
I pochrapywanie Igorka w kojcu.
I niemalże czuje, jak zaczynam się odprężać i jak rozluźnia się niemalże każdy mięsień mojego ciała...
Gdy nagle:
DDDDDDDDDDDDDDDRRRRRRRRRRRRRRRYYYYYYYYYYYYYYYYŃŃŃŃŃŃŃ!!!
Podskakuje jak oparzona. No cóż. Nie dość, że nasz dzwonek jest i tak głośny, to na miejsce spoczynku wybrałam... centralny punkt jego głośniczka, pod ścianą. Więc w te pędy jadę tym moim wehikułem, a adrenalina podskakuje mi niemalże dwukrotnie, zwłaszcza, że wybudzenie małego, który zasnął przed paroma minutami nie było dobrym pomysłem.
Więc chwytam klucz którego tak nienawidzę. Przekręcam.
NIC.
Znowu przekręcam.
NIC
Więc klne w duchu po raz piętnasty chyba próbując otworzyć te pierdzielone drzwi. W końcu gdy palce mi już zsiwiały udało się.
Przede mną stoi pan.
Około pięćdziesiątki. Pomięty sweterek, nieogolona facjata.
"Dzień dobry? Czy ma pani może złom?"
Para zaczyna mi wręcz buchać uszami, a ja sama ledwo powstrzymuje się, by niegrzecznie odpowiedzieć, że tak. Na jednym złomie siedzę, a drugim otwierałam drzwi.
Ale się powstrzymałam...
Pan poszedł odprawiony z kwitkiem życząc mi miłego dnia.
Tak... ja panu też ;)

poniedziałek, 15 października 2012

Jak to jest..?- 21 lipca 2012

Jedni całe życie marzą o dziecku.
Wymyślają imiona, planują wspólne życie, chcą mieć kogoś dla kogo sie będzie miało żyć.
A jednak z niezależnych od siebie przyczyn nie dane jest im nigdy mieć własnych dzieci, starają sie całe lata.
O ciąże.
O adopcje, na którą w Polsce czeka się latami.
I wciąż na przekór mają nadzieję, że kiedyś im się uda.
I wystarczy włączyć telewizje, internet, gazetę.
I znów czytasz.
Pijana matka zabiła własne dziecko.
Rodzice zostawili córke na lotnisku i pojechali na wakacje.
Matka udusiła niemowlę, bo przeszkadzało jej płacząc...
Aż nie chce sie wierzyć...
Ile jest warte dziś życie?
Czy tak łatwo jest czasami oderwać się od innych, mniej ważnych spraw by przytulić swoje dziecko i pokazać mu że sie je kocha?
Czemu najlepiej jest uderzyć, przerwać komuś niewinnemu życie niż okazać jakieś uczucia?
Dlaczego dzieci otrzymują ludzie, którzy nie potrafią być rodzicami i wykorzystać tego daru?
Boże, dokąd my idziemy...?





Pamięci Madzi, Szymonka, Gabrysia oraz wszystkim dzieciom, którym nie dane było zaznać miłości.