Kiedy z początkiem roku uporałam się z kłopotami zdrowotnymi, a wredna zołza anemia odpuściła doznałam nowego "schorzenia" jakim jest "głód na robotę". Oto nagle w mojej głowie coś się odmieniło i tak z totalnego lenia przeistoczyłam się w człowieka-chaos.
Wszystko bym robiła proszę państwa, wszystko. Od małego jestem osobą, która plan na samą siebie zmienia z godziny na godzinę. Interesuje się wszystkim po trochę. Od kilku miesięcy to wszystko tak się wzmogło, że sama nie nadążam, za swoim tokiem myślenia :D Choć z reguły nie mam problemu z ogarnięciem codzienności, powoli brnąc przez postawione sobie zadania, to bywają też tygodnie jak teraz. Pełne chaosu i dezorganizacji. Rzucam się z jednego zajęcia na drugie, rozpraszam i totalnie nieogarniam!
No bo na przykład trzeba, by zadbać o rozwój.
Mamy więc angielski, który półtora roku podjęłam się ratowania z pomocą najlepszej na świecie korepetytorki, w postaci własnej przyjaciółki. Pomoc ta jest dla naszej relacji wielkim sprawdzianem. Uczenie mnie gramatyki to totalna masakra, pot i łzy. Domyślam się, że J niejednokrotnie miała ochote udusić mnie przez ekran. A jednak z uporem maniaka powtarza ze mną zakichany continous i present simple, a przy tym zapewnia: "kochom"... A mogła zabić.
A w przyszłym roku to w sumie marzy mi się powrót do hiszpańskiego i hahahahehehehuhuhuh, też się uśmiałam! ;)
Postępy w rozwoju moich siostrzeńców? A ci to dopiero to mają do mnie cierpliwość! Tytuł cioci roku nie należy mi się już od długiego czasu. Ja zaniedbuje, oni kreślą kolejne laurki. Tu serduszko, tam naszkicowana ciocia Natalka z baśniami w rękach, a jeszcze gdzie indziej Alankowe "Sto lat" wyśpiewane tylko dla mnie. Matko święta. Jak ja ich kocham...
No to chociaż planszówki. Maniakalnie zbierane przeze mnie, przez Olsona i chłopaków. Grywane od tygodni zajmują czas. Wszystko może czekać. Przynajmniej tak jesteśmy razem.
Jest jeszcze drugi blog. Junka. Na Junkę mam ambicje duże i szereg planów i wpisów, zapisanych na karteczkach. I webinary i kursy. Wszystko rośnie w zastraszającym tempie. Z soszjal mediami i kopirajtingami wiąże swoje plany na przyszłość (tak serio) więc czytam, zapisuje, notuje. Zniechęcam się, próbuje zaś i jeszcze raz. I postępów nie widać, ale przynajmniej dobrze się bawię. I tylko kartki mi się nie mieszczą. Wpadłam więc na pomysł opłacenia sobie aplikacji na tablet. Elektroniczny notes to jest to! Gorzej jak pamięci w sprzęcie zabraknie ;X
Kartki! Matko Boska, kiedy ja robiłam kartki? Albo ich nie robię, albo kleję z uporem maniaka przez dwa tygodnie z rzędu, aż mi się cekiny po nocach śnią. Haft? Zapomniany leży w kącie, kurzy się. Nieruszony pali wstydem policzki. Jutro na pewno się nim zajmę. A czekaj, nie. Jutro trza by się wziąć za posprzątanie (równie chaotycznego) pokoju i kolorowanie po numerkach, bo farbki podejrzanie gęstnieją (Wiem Babo z Lustra, ostrzegałaś :D ). Phi, na pewno! Podoba mi się przynajmniej pięć nowych nurtów w rękodziele. Na podobaniu musi mi się jednak skończyć. Tymczasem więc powzdycham sobie do pięknych zdjęć na Pinterest i dodam sobie dwudzieste piąte przypomnienie na komórkę i piąty budzik. (O tych budzikach rodzina mogła by już tworzyć legendy. Bez nich pogubiłabym się jeszcze mocniej zarówno w pracy jak i życiu )
Siadam przy stole i próbuje pozbierać myśli, które galopują na wszystkie strony. Inka w kubek i wykreślanki. Udaje się na chwilę. Zaraz znowu coś się przypomina. "Miałam", "Chciałam", "Zaś se przypomniałam!"
Komórka pika raz po raz. Canva wysyła powiadomienie o stęsknionym projekcie (Łat de fak?), gmail informuje o kolejnym z pięciuset newsletterów. Nie wiem którym się pierwszym zająć, więc nie zajmuje się żadnym. Spoglądam sobie w zamian z boku na świat.
Na mamę ogarniającą dom i codzienność. Na siostry godzące życie zawodowe z macierzyństwem. Znajomych, którzy odnoszą sukcesy zawodowe, podróżują i jeszcze mają czas odpisać mi na messenger! ( Akurat na zawracanie dupki innym mam czas regularnie. No i jeszcze na Na wspólnej i Leśną Górę!)
Na blogerów, instagramerów. Idealnych i mających na wszystko czas, zarabiąjący tysiące, z domem w bieli i drewnie i nienagannym wyglądem, porządkiem na półkach i podłogach bez okruszka. I zastanawiam się jak to wszystko ogarniają?
Może po prostu mają jedno konkretne hobby, albo przynajmniej spisują to w jeden konkretny plan? Tak! Od jutra mam plan! Wiem dużo o technikach planowania. Pomodorro, macierz Eisehovera, bullet journale i inne tutoriale. Muszę tylko stosować je... stosować częściej ;)
Ale jutro przecież będzie inaczej! Zadanie i realizacja. I nagroda w postaci cukierka.
Szkoda tylko, że skończy się samym cukierkiem 😆
Chaos to moje drugie imie. :) W sumie, prace ogarniam bo nie mam wyjscia, skoro siedze tu 8 godzin. Dzieci ogarniam, bo tak jakby jestem odpowiedzialna za zywe stworzenia. ;) Z tego samego powodu ogarniety jest tez pies. Maz ogarnia sie sam. ;) Reszta... lezy i kwiczy. W chalupie wieczny balagan, ogrod wola o pomste, lista spraw do zalatwienia ciagle sie wydluza, znajomi sie obrazaja bo nie oddzwaniam... Nooo... tak to mniej wiecej wyglada. ;)
OdpowiedzUsuń