Pamiętam tamte dni. Pamiętam wszystko. Walkę ze słabościami. Wielkie nadzieje. Snucie planów na przyszłość. Siłę i determinację pomieszaną z rezygnacją i niechęcią. Mijało cztery lata od kiedy skończyłam szkołę. Podjęłam pierwszą, stałą pracę. Wymagającą i stresującą. Choć była to rewolucja w moim życiu to wciąż czegoś brakowało. I tak podjęłam decyzję i walkę o maturę. Po raz trzeci.
Jestem trudnym uczniem. Szybko się zniechęcam. Rozpraszam w mig. Godzina lekcyjna to dla mnie maks dla mojego skupienia. Są rzeczy które zapamiętam bez większego wysiłku, a i takie które tłucze mi do głowy niejeden, a i tak gdzieś wyparowują. W szkole podczas godzin lekcyjnych w mojej głowie narodziło się sześć opowiadań. To było przecież fajniejsze od nudnej lekcji. Marzyłam wtedy o byciu pisarką. Choć zachowanie miałam raczej nienaganne to swoim lenistwem i zapałem odbijam się czkawką całej kadrze nauczycielskiej jaką spotkałam na swojej drodze ;) Za co dziś z całego serca przepraszam!
Gdy po raz pierwszy nie zdałam matury miałam tylko osiemnaście lat. Zniechęcona do życia, wciąż w buncie nastoletnim. Studia? Nie dla mnie. Zresztą... Wcale nie miałam na siebie pomysłu. Toteż gdy nie zdałam jej po raz pierwszy machnęłam ręką. A co tam!
A potem przyszło życie. Pierwszy staż, zarobione pieniądze, poznawanie życia i nabywanie zainteresowań. Egzamin dojrzałości był nadal dla mnie bzdurnym papierkiem. Ale też przepustką do świata którego zazdrościłam powoli znajomym. Studia, zarwane noce, nowe znajomości i zawód dostosowany do marzeń. Chciałam tego samego. Pragnęłam zmian. Mijały cztery lata, miałam ostatni dzwonek by odmienić swój los. Postanowiłam poprawić maturę po raz ostatni ...
Wszystko było o wiele trudniejsze. To wymagało pracy nie tylko mojej. Potrzeba było zaangażować wiele ludzi do pomocy. Korki, pomoc by na nie dotrzeć, wsparcie mentalne którego potrzebowałam...
Zaczął się istny maraton. Rano praca, potem korki. Odrabianie zadań jak zza dawnych czasów. Z tym że tym razem to mi głównie zależało. Nikt nie stał z batem. Tworzyłam go sobie sama w głowie. Nie mogę powiedzieć że dałam z siebie wtedy maksimum, wyciskałam jednak ze swej motywacji jak najwięcej.
Godzina zero nadeszła w okamgnieniu. Poszłam, zrobiłam swoje i wróciłam. Naładowana emocjami, szczęśliwa, że to koniec i z optymizmem... Jezu, nigdy nie podchodziłam entuzjastycznie do niczego tak bardzo jak wtedy.
... Pierwszy policzek oberwałam kilka tygodni potem. Siedziałam patrząc tępo w świadectwo. Oblałam jednym punktem. Jednym cholernym punktem. Jak ja się wtedy obraziłam na życie. Płakałam tylko dzień. Potem całkowicie odcięłam od tematu. Bliscy zaczęli mnie motywować do kolejnej poprawki w sierpniu, do odwoływania się w CKE. Na poprawkę poszłam. Dziś przyznaje, to nie miało prawa się udać, bo zrobiłam to dla świętego spokoju. Czwartą próbę oblałam z kompletnej niechęci. Wciąż miałam w głowie ten cholerny maj. Wciąż zastanawiałam się dlaczego tak się stało, skoro wtedy czułam że wygrałam? Skoro rozumiałam, rozwiązałam i byłam pewna... Postanowiłam pojechać do Centrum Edukacji Narodowej w Krakowie. Zrzucać winę na innych. Na pewno przecież coś przeoczyli, źle ocenili. Bo niby po raz pierwszy? Tyle się słyszy o takich pomyłkach...
Pomyłka. Drugi cios był jeszcze bardziej bolesny. Odebrał oddech. Do Krakowa nie mogli w tym dniu jechać tam ani siostra ani tata. Ktoś znów zaproponował pomoc. Spotkałam na miejscu przemiłego, starszego człowieka. Był zdeterminowany by mi pomóc, ale nic mie mógł zrobić. Winowajczynią byłam Ja.
Moment, gdy zobaczyłam przekreśloną odpowiedź boli mnie do dziś. Wyłonił się w pamięci...
Zaznaczam prawidłową odpowiedź. A potem coś przychodzi mi na myśl. Pzychodzi zawahanie. I poprawiam odpowiedź. Na błędną. Przekreślam więc rubrykę i szansę na marzenia.
Znów płakałam gdy wychodziłam z siedziby CKE. Płakałam w samochodzie i przez następne dni. Z żalu, wściekłości i wyrzutów sumienia. Bo mogłam lepiej, mogłam się postarać bardziej. Mogłam sobie bardziej ufać, a jednocześnie byłam przecież za bardzo pewna siebie... Czułam, że zawiodłam nie tylko siebie, ale i innych. Tak, to było chyba najgorsze... Miałam do siebie żal, że o sprawie wiedziało tyle osób, że tyle osób trzymało wtedy kciuki.
Znów spychałam wgłąb temat. Sierpniowy oblany egzamin już nie bolał. A przynajmniej tak sobie tłumaczyłam. Skupiona na pracy, a niedługo potem na narodzinach chrześniaka powoli wychodziłam z doła.
Wyrzuty sumienia mam do dziś. Wiem już, że może tak miało być? Może w inny sposób mam sobie ułożyć życie, które ma dla mnie całkowicie inny scenariusz? Nie wiem... Nie mogę jednak powiedzieć, że nie boli. Czułam się też w obowiązku w końcu z tym wydarzeniem rozliczyć tutaj. Od tematu matury odcięłam się na blogu gwałtownie. Bo było mi prościej przemilczeć. By nabrać do tego jako takiego dystansu i odwagi potrzebowałam cztery lata.
I chyba w końcu lżej... Nareszcie.
To fakt, ze matura zniknela z bloga. :) Chyba tak musialo byc. Mnistwo ludzi nawet nie podchodzi do matury, a zwyczajnie ukladaja sobie zycie, bez tego "papierka". Bez studiow mozna zyc, a jak brakuje Ci zakuwania, to jest pelno kursow, ktore mozna konczyc i uczyc sie w nieskonczonosc. :D
OdpowiedzUsuń