U mnie ok. Jak zawsze. Chaos zmieszany ze spokojem, cyrk na kółkach. Jak zwykle żyje w rozjazdach, nie licząc tych większych wyjść ze znajomymi czy rodziną oczywiści, bo nawet w domu ciągle jestem w drodze... (A co? A może mi powiesz że nigdzie nie jechałam? Do kuchni nie jechałam? Na podwórko nie jechałam? Do łazienki umyć ząbków nie pojechałam? Ha! Szach mat, Ty chodząca lambadziaro!)
;)
No dobra, a teraz poważniej.
Nawiązując do notki poprzedniej - walczę. Niby w założeniu na polu bitwy sama, ale w krzakach co rusz czai się wsparcie.
Wsparcie rodziny i przyjaciele to coś co zawsze pomoże przegonić zło.
Nawiązując do notki poprzedniej - walczę. Niby w założeniu na polu bitwy sama, ale w krzakach co rusz czai się wsparcie.
Wsparcie rodziny i przyjaciele to coś co zawsze pomoże przegonić zło.
Gdy milczę nie pytają, gdy mówię słuchają. Zawsze gotowi wysłuchać, powiedzieć kilka banalnych słów o sile bomby atomowej. Słów które momentalnie przeganiają chmury z mojej głowy. Jeszcze histerycznie boję się to napisać, ale, ok... strugnę bohatera: Jest lepiej. I byle tak dalej. Byle do przodu, oczywiście ;)
W ramach walki dużo czytam, mało myślę, a przynajmniej się staram. ;) Książkę ukazaną w poprzednim poście odłożyłam i skoczyłam do lekkich obyczajówek. Do tej powrócę, gdy będę mieć siłę przełknąć coś tak poważnego. Póki co wystarczy mi smutnych rzeczy które biją po oczach portali informacyjnych.
I kartkuje. Ostatnio dużo. I nie myślałam, że aż tak mi tego brakowało... <3
Z innych wieści. Powiększyła nam się rodzina. Leo, pies chłopców to najbardziej krnąbrny i najsłodszy pies z jakim spotkałam się w życiu :D
Z okazji pojawienia się Leo kot wpadł w permanentną nerwicę. Gdy tylko futrzak pojawia się w zasięgu gotów do zabawy (Albo pożarcia? Nie odważyłam się sprawdzać...) Tajger w popłochu spierdasza przed siebie. Zapomina przy tym jak jeszcze chwilę wcześniej bohatersko próbował skoczyć na dach (sic!) na którym ćwierkały ptaszki, czy o dumie z jaką podrzucił mi do kuchni uduszoną lecz (Dzięki Ci Panie!) nie wypatroszoną mysię.
No a co jeszcze... wakacje. Wakacje się kończą. Każde z moich ukochanych siostrzeńców reaguje inaczej.
Począwszy od Igoreckiego, który na myśl o szkole i nauce matmy wpada w stan euforii (Nie mógł za mnie tej matmy napisać? A ja go butlą karmiła!), kończąc na Oskarze, który stwierdził w imieniu swoim i siostry, że do przedszkola iść nie chce... ale pójdzie.
Mamo Tajfunów, mam nadzieję że doceniasz gest i starania?! ;)
I tak sobie żyje, czas leci. Lato niby trwa, a liście z drzew zaczęły spadać... Czekam na jesień. Tę złotą oczywiście. :)
Buziaki i do następnego :*
(Czyli się postaram jeszcze w tym roku :P)
Zapomnialas o Alanie... �� my sie bardzo cieszymy ze rok szkolny depcze tym wszystkim wrzrszczacym od samego switu po czarna noc gów..akow ��
OdpowiedzUsuńWiem, ze i owe mamy sie cieszą... wiem moj gów..ak tez bedzie darl kopare ku uciesze innych mam odsypiajacych nocke lub kladacych dziecko na wypragniona drzemke...
Pozdro...
Z Ciebie za to było ogromnie ciche dziecko 🤣
Usuń�� dzieki ze doceniasz ����
UsuńDo usług!
UsuńWyobraz sobie, ze ja latem poczulam potrzebe kompletnego, ksiazkowego odmozdzenia i siegnelam po literature... mlodziezowa. Siegnelam po "Basniobor" i przepadlam! To lepsze niz Harry Potter! ;) No i teraz pomalu poczytuje wszystko inne, co autor jeszcze splodzil. Takze jesli szukasz dobrze napisanej fantastyki dla niekoniecznie doroslych odbiorcow, to polecam! :D
OdpowiedzUsuńFantastyki to ja właśnie niet... ani w książce ani filmie. Ku rozpaczy Młodszego Olsona, która właśnie za Harrym szaleje! No to polece autora Oli :D
OdpowiedzUsuńAutor to Brandon Mull. Polecam, fajnie pisze. :)
UsuńPrzekażę!
UsuńLeń niezalogowany Noelia :D