środa, 26 stycznia 2022

Styczniu, dajesz popis...

 Że nie lubię i zbytnio nie piję alkoholu wie każdy kto mnie zna. Jednak ubiegłoroczny sylwester należało okrasić kieliszkiem szampana. Wiadomo - tradycja.
Tuż po spożyciu mniej więcej dwóch łyków "nastąpiło zwolnienie blokady". Chyba mi się coś zagrzało zanadto i dostałam kataru i bólu gardła. Dwa pierwsze dni nowego roku spędziłam więc na smarkaniu i jojczeniu.


Doszłam do siebie na szczęście szybko. Obyło się bez lekarza i na zwykłym gripexie. Tymczasem do chorobowego teamu dołączył Młodszy Olson. Ta zazwyczaj choruje po całej bandzie. I tak wylądowała na wymazie covidowym. Test wyszedł negatywnie, a mnie ze szczęścia... coś wyszło na brzuchu.

No kurde. Mam taką skórę. Często mi się na niej robią różne dziwne rzeczy. Czekałam dzielnie, aż sobie pójdzie, ale nie poszło. Zaczęło za to boleć. No to krótka wycieczka do internisty. Pani pomacała brzuch, orzekła zmianę skórną o nazwie takiej i siakiej i dała skierowanie do chirurga. Czekanie na wizytę to był mój wewnętrzny kociokwik, ze wszystkimi najgorszymi scenariuszami (Tak już mam, no co poradzę?) i jeden wielki stres.  Pan chirurg orzekł, że to nie zmiana A, a zmiana B. O równie cudownej nazwie. A potem uśmiechnięty dodał, że... wycinamy sobie! Za dwa dni. W znieczuleniu miejscowym. Rach ciach. Cóż było począć?  Czekać. Zabieg był dość szybki, jednak zmiana była już duża i nawet podanie znieczulenia nie ochroniło przed bólem. Najgorzej i tak było, gdy znieczulenie puściło. Bardzo nie fajne uczucie. Nie polecam. Skończyło się zwolnieniem lekarskim i dziurką w skórze, która goi się powoli, ale (tfu tfu tfu) bezproblemowo. I tym razem przed zabiegiem na stres i  czarnowidztwo nie było miejsca, bo...rozchorowała się Fibi. I to o nią się martwiłam.

Niech to szlag.

Wymioty. Jeden. Drugi. A między tym pies jak zawsze, broił na potęgę. Kiedy jednak jej nie przechodziło, zawitaliśmy (albo raczej szanowni rodziciele zawitali) u weterynarza. I tam szok. Pies ma powiększone węzły chłonne, migdałki, temperaturę (Której totalnie nie rozpoznałam). Trzy zastrzyki w chudą pupę i bardzo lekka dieta. Podanie antybiotyku owszem pomogło, ale totalnie odmieniło nam psa. Do teraz na samo wspomnienie ubiegłego tygodnia czuję smutek. Nie bawiła się, nie skakała po nas. Tylko spała i leżała. A my mogliśmy jedynie czekać aż pomoże. Po leku wymioty ustąpiły. Ostatnią wizytę F. miała w poniedziałek. Kolejne zastrzyki z antybiotykiem, witaminami (cztery! ) i badania krwi (na wszelki wypadek). Gdy tego popołudnia usłyszałam, że są ok (poza lekkim stanem zapalnym i maleńkim odwodnieniem z wymiotów) prawie popłakałam się ze szczęścia...

A tak poza tym to naokoło nie lepiej. Gnój Covid panoszy się na bogato, inne wiruszyska mu wtórują... I tak jest... nieoptymistycznie.

No dalej słońce, wychodź wreszcie...

1 komentarz:

  1. Uuuu... Niefajny poczatek roku... Oby teraz juz bylo tylko lepiej!

    OdpowiedzUsuń