wtorek, 5 listopada 2019

Wyższa Matematyka

Igorecki miał zadanie domowe. Zadanie to przysporzyło mu pewne trudności,  więc ochoczo zadeklarowałam pomoc. Gdy już tak zadeklarowana dowiedziałam się,  że doczynienia mam z królową nauk - matematyką poczułam lekki stres  co objawiło się mdłościami, palpitacją serca,  potami. Zawzięłam się jednak! 
Jak się powiedziało A...
Z bojowym nastrojem zasiadłam więc przed kserówką. Ćwiczenie polegało na wypełnieniu prostych rachunków i dopasowaniu uprzednio wyciętych, ponumerowanych puzzli do wyniku i pokolorowanie obrazka. 
Eee! Łatwizna! Jak możliwe by miał z tym problemy? Pewnie chodziło o kolorowanie! Naoglądał się chłopak kolorowania w wykonaniu cioci i powierzył oprawę graficzną. Kochane dziecko! 
A mi w to graj! Biorę pierwszy puzel przedstawiający fragment drzewka, przy okazji wizualizując. Tu się machnie zielonym,  tu brązowym,  ale tym ciemnym co da efekt cudownego światłocienia.
Podniecona planuje dzieło godne fresków w kaplicy sykstyńskiej i przykładam puzzla do odpowiedniego działania.  
3x3 to będzie dziewięć! Cieszę się, jestem podniecona,  bo w końcu jakieś obliczanis bez kalkulatora mi się udało! Puzel nr dwa przedstawia chmurkę i ląduje gdzieś na dole obrazka. Trochę mnie to dziwi, spodziewałam się go wyżej, ale przecież obliczenia nie kłamią, zwłaszcza takie banalne dyrdymały w stylu "pięć razy pięć" co to je Igor w głowie obliczał swobodnie już w okolicach drugich urodzin. Widocznie abstrakcja...
Cyk. Kolejny fragment to kaczuszka. Ta ląduje gdzieś pomiędzy chmurką i drzewkiem, a na miejscu ogonka... fragment słoneczka? 
Coś poszło nie tak... - mrucze sama do siebie. Puzzle zamiast przedstawiać w miarę logiczną kolorowankę przypomina raczej chaos. Kombinuje w te i we wte. Nic to. Nadal źle. Wkurzona sięgam po kalkulator a do nerwowego śledztwa dołącza Igorecki i moja mama.
A może tutaj jest wężyk? - pytam samą siebie mając na myśli matematyczne suchary, te zadania niemożliwe do rozwiązania, którymi naszpikowane były moje podstawówkowe ćwiczenia do matmy. Ćwiczenia w stylu "Jaś ma pięć złotych a Dorotka siedem, oblicz ile słoików marmolady zmajstrowała babcia Zosia?". Te co to miały być hahahahaha śmieszne aż boki zrywać, a jedynie przyprawiały o istną kurwicę biedne dzieci oraz ich opiekunów 
Jaki wąż? To jest kaczka! - poprawia mnie Igorek. 
Ja już prawie płaczę,  włosów połowa wypadła. Gotowa jestem prosić o pomoc przyjaciółkę - obiecującą pedagożkę i pisać skargę do wszelkich instytucji, bo to przecież błąd i co oni w tej szkole dzieciom w głowach mieszaja?
Jednym kołem od wózka już jestem w wariatkowie, kaczuszki ogonek wciąż gdzieś kilometr dalej. Wizja fresków odpływa w niebyt...  a minuty płyną i czasu coraz mniej. 
Patrzymy po sobie ze wzrokiem pełnym rezygnacji, gdy nagle spojrzenie  mojego siostrzeńca jaśnieje. 
- Aaaaaa! Ciociu! Już wiem! Miałem dwie kserówki! Złe puzzle przyniosłem!


Da bum tsss...

2 komentarze:

  1. Natalia, Ty to thillery pisać powinnaś. Napięcie godne Agathy Christie ;-) a co do inteligencji zadań - zwłaszcza z matematyki - to się dołączam bo sama miałam identycznie czasem....

    OdpowiedzUsuń