Miałam niespełna dwanaście lat.
Była sobota. Drugi kwietnia 2005.
Telewizyjna sieczka wciągnęła. Sprawiła, że na moment straciło się czujność.
Około dziesiątej film się urwał.
Na ekranie pojawiło się jego szare zdjęcie. I zagrała muzyka, którą do dziś mam w uszach.
I wiecie? Moją pierwszą myślą wtedy było "Co teraz?"
Od zawsze mam tak, że gdy zmienia się coś w moim życiu to głęboko to wtedy przeżywam...
Wtedy byłam w szoku. Bo stało się coś co nawet trudno mi było sobie wyobrazić. Umarł człowiek niezwykły. Niezbędny. Niezastąpiony.
Wtedy miałam do siebie jakiś żal. Że nie płaczę. Bo płakali wszyscy. A teraz wiem... Wiem, że On nie chciał, nie życzył sobie byśmy płakali. Mieliśmy się cieszyć. Bo dołączył do Boga. I do swojej rodziny i przyjaciół...
Dziś mija dziewięć lat.
A ja mam wrażenie, że przez te dziewięć lat odkąd odszedł świat stracił na wartości... I zaczął przypominać jeden wielki...Cyrk.
A dopóki był jakoś się trzymało...
Dziewięć lat. Mało kto dziś pamięta. Serwisy informacyjne nie przypomniały. W telewizji zero programów. Cisza.
Za dwa tygodnie będzie kanonizacja. Na chwilę sobie przypomną...
A jeszcze dziewięć lat temu wierzyłam, że tego felernego drugiego kwietnia świat już zawsze będzie pamiętał.
Że się zatrzymamy. Pochylimy czoło. Wspomniemy. Że już zawsze, tak jak wtedy przez rok każdego drugiego kwietnia o 21:37 zgasimy światła. W hołdzie.
Naiwna byłam... Ze smutkiem stwierdziłam dziś ten fakt.
Być może jestem surowa? Nie wiem.
Piszę co czuje. A czuje że zapominamy.
... Zapominamy o człowieku wielkim. On jako jedyny potrafił zjednoczyć cały świat.
...Szkoda tylko że na chwilę...

Natusia kocham Cię za tą notkę:**. Do dziś pamiętam, że wieczorem 2 kwietnia poszłam odmówić wieczorny paciorek licząc na to że może moja modlitwa pomoże i pożyje nasz kochany papież. Ale tak miało być, tak chciał ten najważniejszy u góry. U nas w parafii jest tradycja białego marszu, idziemy procesją ze zniczami do kościoła, śpiewamy ulubione piosenki papieża. Kiedyś był to 2 kwiecień teraz jest to 1 maj jako rocznica beatyfikacji. Pisząc komentarz łzy płyną po policzku...
OdpowiedzUsuńNie sposób się opamiętać i nie przeżywać na nowo tego dnia...
UsuńMasz rację. Tak miało być. On przeżył osiemdziesiąt pięć lat. Dobrych i potrzebnych lat...
A tradycja piękna.
:*
Natalia
Wstyd mi, bo ja zapomnialam... :(
OdpowiedzUsuńAgatko, tam w Connecticut nie dziw.
UsuńZresztą! Mówię od razu: Napisałam tą notkę nie po to, by kogoś krytykować broń Boże, tylko przypomnieć...
Sądze, że zadaniem mediów jest właśnie ratowanie pamięci o JPII. Wtedy człowiek by pamiętał...
A tak?
Też pamiętam TAMTEN 2kwietnia...
OdpowiedzUsuńTego się chyba nie zapomni...
UsuńPamiętam... Nie da się zapomnieć.
OdpowiedzUsuńNie da. :<
UsuńJa rownież pamiętam ...
OdpowiedzUsuńI krakowskie Błonia pełne ludzi .
Zapalone znicze ...
No tak, Ty miałaś szansę być w Krakowie i przeżywać to jakby głębiej... Na pewno nie zapomniane uczucie...
UsuńNoelka