Idą święta! Strach pomyśleć, które to moje z kolei... ;)
Kompletnie ich nie czuję. Chociaż stop! Użyłam złego określenia. Czuję grudzień, czuje nastrój oczekiwania. Nie czuję natomiast, że to już za tydzień i jakoś spowolniło się moje oczekiwanie.Dekoracje, które tak strasznie planowałam w tym roku całkiem zarzuciłam. No bo ilekroć siadałam do roboty zawsze coś! Albo nagle była sprawa niecierpiąca zwłoki, albo kleju zabrakło/krzywo się wycięło/nie chciało mi się szukać szablonu bez którego ani rusz/szlag mnie trafił. Niepotrzebne skreślić. ;) Za to jeszcze z końcem listopada udało mi się upolować dwie przesłodkie zawieszki "nie hedmejdowe" w sklepie. Chociaż tyle!
Z początkiem grudnia w moim domu zaginął dokument najsłynniejszy ostatnio na całym chyba świecie... Paszport covidowy. I to zarówno mój jak i mojej rodzicielki.
Kilkudniowe poszukiwania zakończyły się na szczęście powodzeniem. Za to wynikły inne sprawy.
No bo...
- Noelce przypomniało się raptem, że posiadać dokument można w wersji elektronicznej.
- Ale potem też jej się przypomniało, że nie ma profilu zaufanego.
- No to chciała założyć.
- No to coś nie wyszło.
- Aha... Coś jakby świta? Coś jakby z dowodem? Minęło dziesięć lat pełnoletności i otrzymania wspomnianego już dowodu.
- Taaa... Okazał się nieważny.
- No to dawaj! Do załatwiania!
- Na początku biurokracja. Tu zaś napotkaliśmy schody. I to dosłownie.
Nieprzystosowana placówka. Zdarza się. Bez pretensji, bo na szczęście mogłam to załatwić w każdym innym punkcie. I tu skierowano nas po informacje o mobilnym punkcie. Takim co to przyjeżdża dla osób niepełnosprawnych i można załatwić wszystko od ręki. A dokładniej od odbicia palucha na dziwnej maszynce. - ...Który to punkt okazuje się istnieć, a i owszem, ale dopiero po nowym roku...
- No to tego to się nie spodziewałam ani ja, ani towarzysząca mi podczas rozmowy rodzicielka oraz rodziciel, którzy (Z miłości, wybaczam) próbują prawie wyrwać mi słuchawkę i przedstawić swoją wersję wydarzeń. Pani finalnie myśli, że jestem matką swojej matki, a że moja matka to moja córka.
- Po stu głębokich oddechach i wyjaśnieniach wszyscy wiemy kim jesteśmy, czego nie ma (mobilnego punktu) i co jest (schody.) Wychodzi dobrze. Jest miło i nikt nikogo nie zabił.
- Umówienie jesteśmy do punktu w innej gminie. Bez schodów.
- No to fru. Do pana fotografa.
- Jezuuu, co się chłop napocił to jego!
- No bo nie trzeba być jakimś błyskotliwym człowiekiem, by nie zauważyć, że co i rusz któreś Noelowe oko spiernicza na Maroko. Pan fotograf prosi patrzeć prosto. No to ja prosto. I w lewo przy okazji.
- Pan fotograf grzecznie prosi jeszcze raz. A ja znów prosto. I w prawo!
- Ogarniam gałki oczne w kupę i cykamy kolejne ujęcie. Tym razem to się okazało, że znów "za smutno" (Halo! Panie Fotograf! To była mina poważna i doniosła! Pan się nie zna!)
- Pan pstryka foto ostateczne. Wychodzi dobrze. Jest miło i nikt nikogo nie zabił.
- A potem to tylko załatwić inne godziny pracy, wstać i fru do okienka.
- I tu bardzo skrupulatnie i dokładnie wypełniam arkusze.
- I mylę jedynie mail do weryfikacji.
- I własny pesel.
- Wychodzi dobrze. Nikt mnie nie zabił.
- I finito! Mamy dowód!
- ... Na to, że nazwa bloga jak zwykle adekwatna do sytuacji
;)
O jacie... Ale przeboje! :D Czasem tez tak mam, ze co krok to jakas kloda pad nogi. ;)
OdpowiedzUsuńKochana Noelciu!!! Wesolych Swiat i Wspanialego Czasu z Rodzinka!!! :*
I dla was wszystkiego dobrego, smacznego i magicznego! :*
Usuń